Xiaomi, czyli proso kontra jabłuszko

006 XiaomiNa dobry początek 2016 przyszło mi kupić nową słuchawkę, bo stara niestety przepadła. Wszelkie portale komórkowe pełne są zachwytów nad smartfonami Xiaomi, więc postanowiłem wpróbować aparat tej marki. Okazało się jednak, że znalezienie w Chinach firmowego salonu Xiaomi wcale nie jest takie proste. Portal Xiaomi nie podaje żadnych adresów. Mapy Google i Baidu zwaracają jakieś podejrzane wyniki. Do flagowego sklepu w Szanghaju trafiłem dopiero za drugim podejściem, choć mieszkam w odległości rzutu beretem.

Salon Xiaomi (小米之家) mieści się w jednym z budynków Szanghajskiego Muzeum Filmowego. Nie jest w żaden sposób oznaczony. Dopiero uważne przestudiowanie spisu firm w holu pozwala dowiedzieć się, że salon jest na dziewiątym piętrze. Po dotarciu na miejsce, odkrywamy, że to nie salon, tylko „fanklub” (a po chińsku „dom rodzinny” Xiaomi). Miejsce do złudzenia przypomina sklepy Apple: te same lady stylizowane na jasne drewno, podobny design i podobne tłumy potencjalnych nabywców. Podobny pomysł, aby markę wykorzystać do sprzedawania innych urządzeń: tabletów, przystawek telewizyjnych, a nawet oczyszczaczy powietrza (!).

Czytaj dalej

Lokowanie miast na prawie chińskim

2014-03-02 12.44.17

Miasteczko Holenderskie w dzielnicy Gaoqiao w Szanghaju to jedno z miast widm wymienionych w książce Ghost Cities

O tym, że w Chinach pełno jest pustych miast, każdy słyszał. Potoczne rozumienie tego zjawiska na Zachodzie jest następujące: chiński wzrost gospodarczy jest dęty, bo partia nie ma co robić z pieniędzmi z eksportu, więc buduje dla samego budowania, czyli dla nakręcania PKB. A potem puste blokowiska, ba, całe miasta(!), stoją i straszą jako ghost cities, czyli miasta widma. W tym duchu opisywano już w zachodniej prasie m.in. „mały Paryż” pod Hangzhou, nowe dzielnice Ordos, Tianjinu czy Zhengzhou, a także podszanghajskie Nanhui. Kilka dni temu miasta widma odkryto nawet w afrykańskiej Angoli, co uznano za dowód, że chińscy deweloperzy swoje „budowanie dla budowania” zaczynają eksportować na Czarny Ląd.

Czytaj dalej

Ryzyko

Kino Cathay

Skrzyżowanie przed zabytkowym kinem Cathay w Szanghaju. Ruch uliczny w Chinach odzwierciedla chińskie podejście do ryzyka.

Co to jest ryzyko? Jak wiadomo, pewien maturzysta w odpowiedzi na tak postawione pytanie oddał pustą kartkę z podpisem: „To jest właśnie ryzyko!”. Jaką ocenę za to dostał – historia milczy, ale słuchając tego dowcipu niewątpliwie sami wczuwamy się przez chwilę w skórę egzaminatora. I od razu robi się wesoło, gdyż podejście maturzysty zakrawa na absurd, a humor – jak onegdaj zauważył Zygmunt Freud – opiera się właśnie na absurdach. W tym przypadku sprytny uczeń wykalkulował, że prosty koncept mógłby zastąpić żmudną pisaninę.

Ryzyko jest zawsze jakąś kalkulacją. W biznesie ryzyko jest iterowane, a zatem powtarza się nieustająco. Zawsze istnieje pewna mierzalna szansa, że coś się wykolei. Zawsze istnieją zyski lub straty, będące rozwiązaniami probabilistycznego równiania. Ale każdy bilansuje ryzyko trochę inaczej, o czy miałem się okazję jakiś czas temu przekonać…

Czytaj dalej

Polskę trafił Szlak

Lianyungang

Początek mostu kolejowego Lianyungang-Rotterdam. Terminal kontenerowy porcie Lianyungang prowincji Jiangsu w Chinach.

Co myślę o Nowym Jedwabnym Szlaku i wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Chinach? – zapytał mnie jeden z blogoczytaczy. Odpowiadam pokrótce.

1. Przede wszystkim, rozczarowany jestem ujęciem tej wizyty przez krajowe media. Spodziewałem się, że przeczytam wreszcie coś mądrego o polskim eksporcie i poglądzie polskich polityków na drugą gospodarką świata, ale zamiast tego znalazłem garść PR-owskich czy też wręcz propagandowych materiałów. „To co nas podzieliło – to się już nie sklei” – wyrokował Rymkiewicz w słynnym wierszu do Kaczyńskiego i miał rację. Bo zamiast jakiejś sensownej analizy, do polskiej opinii trafiły głównie głosy zachwytu lub buczenia. O ile Niemcy, Francuzi czy Amerykanie mają szansę przeczytać wyważone głosy na temat swojej polityki zagranicznej, to Polacy AD 2015 nie mają już tego luksusu. Czytaj dalej

Chińska klinika, albo lekcja zarządzania

Na szczęście – odpukać! – nie mam rozległych doświadczeń z chińską służbą zdrowia, ale ilekroć odwiedzam chińskie kliniki jestem pod wrażeniem ich sprawnej organizacji.

W ostatni weekend musiałem zrobić córce badania przed-szkolne. W tym celu udaliśmy się do Szanghajskiego Centrum Medycyny Dziecięcej (上海儿童医学中心) na Ulicy Wschodniej na Pudongu. Po rejestracji, kosztującej 16 juanów, zostaliśmy niezwłocznie przyjęci przez lekarza, który dokonał oględzin młodej, tj. zajrzał do gardła, osłuchał i opukał. Potem wypisał skierowanie na badanie krwi i moczu oraz wzroku i słuchu.

Czytaj dalej

Panienki do grania

ludytutki

Kadr z materiału, jaki na temat dziewcząt do grania wyemitowała telewizja Feniks z Hongkongu.

Nie tak dawno temu pisałem tu o fenomenie gastrytutek. Dziś śpieszę donieść o równie ciekawym zjawisku „ludytutek”*, czyli panienek do grania. Konkretnie chodzi o dziewczyny, które w pięknej i bogatej ChRL najmują się do towarzystywa dla graczy komputerowych. Pograją tak sobie kilka godzin dziennie i wpada im do rączki parę tysięcy kłajów, mniej więcej polska średnia krajowa.

Czytaj dalej

Być jak Chipolbrok

chipolbrok_2

Wieżowiec Chipolbroku (ten biały w środku) w panoramie kolonialnego Szanghaju. Nad samą rzeką widać południowy kraniec Bundu.

Lubię przyciągać uwagę moich zachodnioeuropejskich rozmówców pytaniem o to, jaka była pierwsza w komunistycznych Chinach spółka joint-venture. Niektórzy myślą, że chodzi o Volkswagena, który powołał taką spółkę w Szanghaju w 1984 roku, co w owych czasach było ruchem śmiałym, wręcz wizjonerskim. Ale nie, wcale nie chodzi o niemieckiego giganta, tylko o Polsko-Chińskie Towarzystwo Okrętowe S.A. Chipolbrok, powstałe w 1951 roku na podstawie umowy rządowej. Statki z polską banderą mogły omijać wówczas blokadę morską, jaką zarządzili wokół Chin Amerykanie.

Czytaj dalej