Rewolucja kulturalna i inwazja z kosmosu

128215979_14418621355681n

Mija 50. rocznica wybuchu rewolucji kulturalnej. Oficjalnie nie obchodzona. Ale w najsłynniejszej ostatnio chińskiej powieści science-fiction „Santi” rewolucja zajmuje ważne miejsce. Wydarzenie historyczne, które faktycznie wpędziło chińskie społeczeństwo nieufność i mizantropię, skłania główną bohaterkę do zaproszenia na Ziemię… najeźdźców z kosmosu. Renesans science-fiction w Chinach?

Kult mamony, nieufność, brak szacunku dla życia. Wiele czarnych stron egzystencji we współczesnych Chinach przypisuje się rewolucji kulturalnej. Nie wiem, czy do końca słusznie. Ale uważam, że w istocie Polaków i Chińczyków łączą zniszczenia, jakie wyrządził społeczeństwu system polityczny spod żółtej – a w istocie ciemnej – gwiazdy. Z tym, że tutaj było jeszcze gorzej. Największe komunistyczne ogłupienie trwało w Polsce krótko, mniej więcej do śmierci Stalina i gomułkowskiej odwilży w 1956 roku. W Chinach takim okresem była właśnie rewolucja kulturalna, trwająca od 1966 roku do śmierci Mao w 1976.

An undated picture from the documentary

Przodownik pracy Wang Jinxi (王进喜) pracy pognębiony za rewolucji kulturalnej w 1967 roku. O Wangu pisałem tutaj.

W rzeczywistości była to wojna domowa, którą Mao wydał rzeczywistym i urojonym wrogom w partii. Jako narzędzia użył młodych ludzi, zaczadzonych ideologią i zorganizowanych w bojówki. Od najważniejszej z nich, Czerwonej Gwardii (红卫兵), nazwano tych młodych hunwejbinami. Mao wywołał kontrolowany chaos, napuszczając młodych na starych – studentów na nauczycieli, pielęgniarki na lekarzy itd. Jak kraj długi i szeroki, hunwejbini napadali do domy „wrogów klasowych”, niszczyli zgromadzone przez nich dobra (w tym bezcenna zabytki chińskiej kultury). Wrogów zwalczano organizując „wiece walki” (批斗会), będące ponurą realizacją orwellowskich „pięciu minut nienawiści”. Szacuje się, że ofiarą tego chaosu padło kilkaset tysięcy, może i kilka milionów ludzi. Jednych zatłuczono gołymi rękami w ideologicznym ferworze. Drudzy umarli z powodu złego traktowania lub odmowy pomocy medycznej. Jeszcze inni popełnili samobójstwo, jak choćby Lao She – jeden z najwybitniejszych chińskich pisarzy w XX wieku.

Z rewolucji Chiny wyszły bez dużej części historycznego dziedzictwa, które palono, burzono i młotkowano. Równie trwałe okazały się zniszczenia w psychice. Ekscesy i zbrodnie rewolucji pozostały w dużej mierze nierozliczone, bo młodzi ludzie, którzy się ich dopuszczali, zostali w drugiej fazie rewolucji zesłani na odległą prowincję. Chińczycy tego pokolenia mówią czasem: „robiliśmy wtedy straszne rzeczy”. Pierwszy raz usłyszałem te słowa z ust wykładowczyni gospodarczej historii Chiny na Beiyu (北语), gdzie studiowałem 15 lat temu. Byłem zaintrygowany, że powiedziała to tak otwarcie, choć w szczegóły oczywiście się nie wdawała.  Potem, przy różnych okazjach spotykałem się z tą opinią wielokrotnie. Aż zrozumiałem, co to naprawdę znaczy…

Partia zawarła ze społeczeństwem rodzaj kontraktu. Dzisiejsze Chiny są totalnym zaprzeczeniem Chin z okresu rew-kultu. Wszystko można kupić, panuje wolność podróżowania i bogacenia się. Obłąkana i rozideologizowana maoistowska autarkia, widząca wszędzie czających się wrogów, zamieniła się we wschodzące mocarstwo, całkiem otwarte na świat, niemal beztroskie. Ale do tematu rewolucji już się nie wraca, szkielet obsycha spokojnie w zapomnianej szafie. Tymczasem sami Chińczycy nadal sobie wzajem nie ufają, kryją się ze swoimi opiniami, boją się wyrażać siebie. Za rewolucji wydawali jedni drugich czerwonej bestii, żeby po prostu przeżyć. Dziś niektórzy nie wahają się wystawić na szwank dobra i życia drugich, byleby tylko nachapać się forsy. Tę opinię też usłyszałem od kilku Chińczyków. Zresztą wystarczy sobie porównać jak zachowują się ludzie z kontynentu, a jak ich rodacy z Hongkongu czy Tajwanu, żeby zrozumieć skalę strat. Takie jest dziedzictwo rewolucji.

014 Sina Dal - Most Nankiński

Najpopularniejsze na świecie miejsce popełniania samobójstw, Most Nr. 3 przez Jangcy, to także dziedzictwo rewolucji kulturalnej.

***

Próbowałem czytać, co piszą zachodnie gazety o 50. rocznicy. Większość ograniczyła się do historycznych wspominków i konstatacji, że nikt nie zamierza rewolucji rozliczać. Zachodni czytelnik, mógłby sobie pomyśleć: „Ach, te straszne Chiny, nikt tam nie wspomina zbrodni, a ciemna masa siedzi cicho i nie podskoczy partii”. Ale to nie jest cała prawda. Wykształceni i inteligentni ludzie, dobrze wiedzą co się dokonało. A miłośnicy fantastyki w większości społeczeństw są na ogół bardziej wykształceni i inteligentni od ogółu.

128215979_14418621353961n

Z wielką przyjemnością przeczytałem niedawno książkę „Santi” (三体), dzieło Liu Cixina (刘慈欣). Przeczytałem, bo narobiła ona sporo zamieszania. W zeszłym roku Liu – jako pierwszy w historii Azjata! – został laureatem Nagrody Hugo, przyznawanej autorom s-f i fantasty. W ten sposób Chińczyk stanął w jednym szeregu m.in. z Robertem Heinleinem, Philipem Dickiem czy Ursulą K. Le Guin. Było to osiągnięcie tym ważniejsze, że tłumaczenia w zasadzie nie dostają Hugo, a światek anglosaskiej fantastyki jest wsobny. Po drugie, książka i jej przekład odniosły sukces kasowy, autor napisał trzy kolejne jej części, a w lipcu do kin ma trafić ekranizacja. Wszystko to wywołało falę zainteresowania fantastyką naukową w Chinach. W tym roku nominację do nagrody znów otrzymała chińska autorka. Nic zatem dziwnego, że Liu Cixina okrzyknięto sprawcą „renesansu” chińskiej science-fiction, a firma Baidu – czyli „chińskie Google” – zatrudniła go niedawno w swojej specjalnej grupie ds. wirtualnej rzeczywistości.

Byłem strasznie ciekaw, co Liu ma do powiedzenia. I muszę przyznać, że sporo ciekawego. Dobra s-f zawsze dotyczy bardziej tego, co się dzieje tu i teraz, nawet jeśli opowiada o obcych planetach i kosmitach. Główna bohaterka powieści, studentka fizyki nazwiskiem Ye Wenjie (叶文洁), traci ojca w czasie wiecu walki za rewolucji kulturalnej . Tato nie chciał się wyrzec teorii względności Einsteina i został zatłuczony przez hunwejbinów. Następnie młoda Ye zostaje zesłana do Mongolii Wewnętrznej, gdzie ogląda, jak w imię „postępu” rozwala się dziką przyrodę (tu powieść współgra ze słynnym „Wilczym Totemem” Jiang Ronga). Na zesłaniu dziewczyna poznaje dziennikarza, który podtyka jej słynną „Cichą wiosnę” Rachel Carson, kultowe dzieło ekologistów. Za chwilę zostaje oskarżona o czytanie wywrotowej literatury, bo dziennikarz, z którym mogła mieć romans, postanowił jej kosztem ratować własną skórę… I tak oto jeszcze w wiośnie życia, młoda Ye Wenjie popada w mizantropię.

Rachel Carson Silent Spring Three Body Problem

Kiedy przychodzi odwilż, Ye godzi się na propozycję pracy w odludnej bazie wojskowej Czerwony Brzeg (红岸), choć nie wie jeszcze, jakie badania są tam prowadzone. Na miejscu dowiaduje się, że Armia Ludowo-Wyzwoleńcza rozwinęła coś na kształt chińskiego programu SETI. Bo jeżeli kosmici faktycznie istnieją, to nawiązanie z nimi kontaktu przez imperialistów, lub – co jeszcze gorsze! – przez sowieckich rewizjonistów, mogłoby zachwiać bezpieczeństwem Chińskiej Republiki Ludowej. Fragmenty, w których Liu cytuje wymyślone przez siebie dokumenty ideologiczne chińskich komunistów ws. kosmitów, a nawet projektowane odezwy do obcych, są po prostu genialne. Lem by tego lepiej nie zrobił, paluszki lizać!

Ye Wenjie – jako i program SETI – słucha, słucha, ale usłyszeć kosmitów nie może. Pod wpływem artykułu z amerykańskiego czasopisma astrofizycznego postanawia jednak odwrócić proces. Z pomocą pewnej sztuczki, Chinka wysyła w komos potężny sygnał wzmocniony przez zewnętrze warstwy naszego Słońca. Odpowiedź przychodzi po ośmiu latach. Kosmita, który przedstawia się jako „pacyfista”, prosi, żeby za wszelką cenę nie odpowiadać, bo jego rodacy zagrożą Ziemi. Ale Ye odsyła odpowiedź w kosmos, bo ma dość ludzi i uważa, że są tak głupi i okrutni, że zaprowadzić porządek na Ziemi mogą już tylko obcy.

Domyślacie się na pewno, dlaczego tak dużo napisałem o rewolucji kulturalnej. Chińskim czytelnikom przypadła do gustu taka fabuła. W postaci Ye spotkają się bowiem dwa główne problemy współczesnych Chin: nierozliczona historia najnowsza i zniszczone środowisko. Jest też i problem trzeci – stosunek do obcych potęg. Ludzkość w powieści wkrótce odbierze więcej sygnałów od obcej cywilizacji i ulegnie religijnej fascynacji obcymi (co już zresztą istnieje na tym świecie jako fenomen znany pod nazwą „UFO religion”). Ten wątek również bardzo mi się spodobał, bo ucieleśnia chiński problem kompleksu postkolonialnego, który moim zdaniem Polska z Chinami współdzieli.

Liu snuje całkiem oryginalną wizję obcej cywilizacji. Wspomniane wcześniej osiem lat świetlnych (tyle potrzeba, żeby sygnał radiowy doleciał do obcych i by nadeszła ich odpowiedź) wskazuje jednoznacznie na Alfę Centauri, układ słoneczny położony najbliżej naszego. Alfa Centauri jest gwiazdą potrójną i stąd bierze się tytuł książki. „Santi” (三体) to skrót nazwy klasycznego problemu trzech ciał (三体问题), który zakłada, że w układzie trzech ciał niemożnością jest wyznaczenie ich orbit. Kosmici żyją na planecie, która w nieprzewidywalny sposób buja się pomiędzy okresami kosmicznego chłodu i żaru. Aby się przystosować do takich warunków, santijczycy wyewoluowali zdolność hibernowania się poprzez „odrzucanie wody” (脱水) z ciała. Nic zatem dziwnego, że dowiedziawszy się o istnieniu świata, który jest piękny i stabilny, a więc Ziemi, postanawiają go podbić dla siebie.

***

Na początku tego roku narzekałem w „Focusie” na nędzę chińskiej popkultury. Dziś, po lekturze „Santi”, stwierdzam, że nie do końca miałem rację. Jeśli chińscy autorzy pójdą w tę stronę, to Chiny kiedyś mogą – parafrazując powiedzonko z okresu wielkiego skoku naprzód – doścignąć Koreę i przegonić Stany ((赶英超美).

***

PS. Żeby nie było, że widzę w „Santi” zalety… Po pierwsze, postaci poza Ye Wenjie, są dość sztampowe i nudne. Liu Cixin należy do tych fantastów, których interesują raczej światy przedstawione, niż błąkające się po nich postaci (w Polsce mistrzem tej szkoły jest Jacek Dukaj). Po drugie, nie podoba mi się opis wykorzystania mechaniki kwantowej do zaatakowania Ziemi. Strasznie to naciągane i tu popieram opinię Aimi’era, z którym miałem przyjemność odbyć ciekawą dyskusję na wechatowej grupie „jedno chińskie słówko”. Po trzecie, Alfa Centauri jest gwiazdą potrójną, ale zbadano, że jej składniki poruszają się względem siebie w dość uporządkowany sposób. Dwa są duże, jeden mały, więc to nie jest wcale typowy przykład problemu trzech ciał. Jeżeli jest tam jakaś planeta, a podobno jest, to wcale nie panują na niej tak nieprzyjazne warunki. Liu nagiął rzeczywistość, co od biedy mu można wybaczyć. Trudno mu jednak wybaczyć – po czwarte – że opis Ziemi w przededniu inwazji też pozostawia wiele do życzenia, szczególnie pod względem logiki i spójności. Główny bohater, będąc szefem ważnego instytutu naukowego, ma czas, żeby godzinami bawić się wirtualną rzeczywistością… litości! Opis polityki światowej również jest naiwny i uproszczony. Cóż, trzeba będzie przeczytać kolejne tomy, żeby się zobaczyć jak to rozwija.

***

PS. II. W opinii chińskiego netu, ekranizacja „Santi”, zapowiada się jako gniot. Tu niestety historia Chin i Polski znów się przecinają… 😦 Dlatego bez entuzjazmu przedstawiam jeden z najnudniejszych trailerów, jakie widziałem w życiu:

***

PS III. Polskie tłumaczenie „Santi” ma się ukazać w 2017 roku nakładem wydawnictwa Rebis. W katalogu Rebis zapowiada książkę jako „The Three-Body Problem”… brrr! Niestety, poznański wydawca postanowił kontynuować niechlubną tradycję, powszechną już na naszym rynku, i wyda książkę wedle metody głuchego telefonu, czyli jako polskie tłumaczenie angielskiego tłumaczenia z chińskiego oryginału. Szkoda.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s