Dzień po Smoleńsku

wtem

Kolaż, który wystrugałem po tym, jak poprzedni prezydent wywiesił znienacka (w sierpniu 2010) tablicę poświęconą wydarzeniom po katastrofie w Smoleńsku.

Przed siedzibą SLD na ul. Rozbrat świetlista plama ze zniczy i kwiatów. Obok krzesełko, stolik i księga kondolencyjna. Portrety trójki polityków lewicy wyglądają jak żałobny tryptyk: pośrodku Jerzy Szmajdziński, po bokach – Jolanta Szymanek-Deresz i Izabela Jaruga-Nowacka.
W staromodnym gabinecie na pierwszym piętrze Leszek Miller wita nas swoim nieodłącznym uśmiechem. Opowiada o sytuacji w SLD, o katastrofie Mi-8 w 2004 roku, z której cudem uszedł cało. – To trwało sekundy – wspomina. – Za mało, by całe życie przewinęło mi się przed oczami. Za mało, bym ujrzał światełko na końcu tunelu.
Ale zaraz dodaje, że kiedy ocknął się we wraku śmigłowca, od razu pomyślał o pożarze. O tym, że rozbita maszyna za chwilę stanie w ogniu, a on spłonie żywcem. To było najstraszniejsze kilka sekund w jego życiu: – Na szczęście wrak się nie zapalił. -Myślę, że oni tam, w Smoleńsku, przeżyli kilka podobnych sekund – dodaje. – Na pewno był taki moment, kiedy uświadomili sobie, co ich czeka.
Opowiadając o Jerzym Szmajdzińskim, Miller chowa twarz w dłoniach. Wiecznie uśmiechnięty polityk niepodziewanie przestaje istnieć. Widzimy kogoś, kto po 30 latach znajomości stracił przyjaciela: – Dzień przed wylotem Jerzy Szmajdziński obchodził 58. urodziny. Zażartował: „Leszku, jak to jest po sześćdziesiątce?”. Opowiedziałem: „Sam się przekonasz”.
Przechodzimy do gabinetu zmarłego. Wszystko wygląda tam tak, jak w chwili, gdy były minister obrony i kandydat na prezydenta wychodził. W przedsionku stosik świeżutkich ulotek wyborczych. W kącie nie rozpakowane torby z prezentami urodzinowymi.
Pytamy Millera o Lecha Kaczyńskiego. Okazuje się, że obaj panowie spotkali się ostatni raz w samolocie, którym lecieli na zaprzysiężenie Wiktora Janukowycza do Kijowa. Lech Kaczyński zapytał o katastrofę z Mi-8, a los – dodaje Miller – udzielił na to pytanie własnej odpowiedzi.
– Lech Kaczyński był człowiekiem, który wiele zyskiwał na bezpośrednim kontakcie – uważa były premier. – Otaczała go przyjazna, ciepła aura. Gdyby tylko potrafił przenieść ją do sfery publicznej, byłby niepokonanym przeciwnikiem politycznym.
***
Tuż przed przyjazdem kawalkady z prezydencką trumną łapię na Krakowskim Przedmieściu tzw. zwykłych ludzi. „Tak zwanych”, bo przecież każdy człowiek jest niezwykły. Na przykład taki pan Stanisław (l. 79) wyróżnia się z tłumu składanym krzesełkiem, które ustawił przy samym krawężniku. Lata – mówi – już nie te, a chciałby obejrzeć „swojego” prezydenta. Na niego głosował, uważał, że Kaczyński naprawi kraj.
Rozmawiamy o mediach – do tej pory atakowały prezydenta, teraz nagle go opłakują i  wychwalają jego patriotyzm. – Widocznie dobrych w niebie też potrzeba – kwituje pan Stanisław.
Obok stoi wnuczka mojego rozmówcy, Ania (l. 13), w harcerskim mundurku. Nagle podchodzi do nas grupka dziennikarzy z wielkim mikrofonem, osłoniętym puszystym tłumikiem. Mówią, że są z francuskiego radia i z miejsca pytają dziewczynkę o to. co teraz czuje.
Pan Stanisław śmieje się donośnie.
***
Norberta i Maćka dopadam, gdy przyczepiają swoje rowery do latarni. Mówią, że przyjechali tu oglądać twarze. Chcą się przekonać, co ściągnęło Polaków na Krakowskie Przedmieście. Dziwi ich, że wszyscy tu mają aparty cyfrowe i pstrykają sobie zdjęcia, jak na jakimś pikniku. Są też handlarze ze zniczami, flagami, kwiatami. Brakuje chyba tylko waty cukrowej.
Chłopaki nie głosowali na Kaczyńskiego. Ale też dziwią się mediom: najpierw jechały po nim jak po łysej kobyle, a teraz totalna ekspiacja. Ludzie od tego wariują.
– Koleżanka zobaczyła w telewizji ojca, który ją olał i od lat nie dał znaku życia – opowiada Maciek. – Teraz stał pod Pałacem Prezydenckim i płakał.
***
Dom rodziny Kaczyńskich przy ul. Mickiewicza to jedno z tych miejsc, w których rozgrywa sie żałobne teatrum. Na miejscu spotykamy dwójkę ludzi jakiejś telewizji. Nie wiedzieli nawet, że tu mieszkają Jadwiga Kaczyńska i jej syn Jarosław; że bracia Kaczyńscy wychowali się kilka ulic dalej. Dziennikarze zatrzymali się z ciekawości, bo zobaczyli kilka osób, kwiaty i znicze.
Zaczepiamy parę – na oko ojca i córkę. Opowiadają, że żal im prezydenta, że to był dobry człowiek; że natykali się na niego ot tak, po sąsiedzku. Starszy pan nawet na niego głosował, bo uważał, że Lech Kaczyński zawsze troszczył się o prostych ludzi, zabiegał o robotników. Dodaje, że znał go z czasów, gdy Kaczyński działał w KOR. Pytam, czy on też należał do KOR albo do Solidarności.  – Nic podobnego – odpowiada. – Miałem lewicowe poglądy.
W drodze do Kościoła Św. Stanisława Kostki tłumaczę koleżance: „Lewicowe poglądy” oznaczają, że nasz rozmówca należał do PZPR albo innej organizacji. A mimo to został wyborcą Kaczyńskiego.
***
Arkadiusz Mularczyk, do którego zadzwoniliśmy, uważa, że ta śmierć nie pójdzie na marne: – Ludzie może zwrócą wreszcie uwagę na wartości, który reprezentował prezydent, na jego ideały.
W niedzielę wieczorem przychodzi mi do głowy taka oto myśl: Gdyby Lech Kaczyński mógł teraz wystartować w wyborach, to by je wygrał.
Opisane wydarzenia miały miejsce w niedzielę i poniedziałek (11-12 kwietnia 2010 r.).  Obserwacje zostały poczynione podczas mojej pracy w charakterze fiksera dla dziennikarki pewnej brytyjskiej gazety. Wpis pierwotnie ukazał się 14.4.2010 r. na Salonie 24, z którego następnie został usunięty razem z całym moim blogiem.
Reklamy

2 thoughts on “Dzień po Smoleńsku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s