Mordowanie przypadków

Od jakiegoś czasu coraz częściej się zdarza, że dostaję maile i wiadomości, w których ludzie piszą: „Co tam słychać w Shanghai?”, albo „Kiedy przyjedziesz do Beijing?” i tak dalej. Autorzy zaliczają się zwykle do pokolenia 80-90+, czyli urodzili się po 1980, albo i 1990 roku. Starszym takie sformułowania zdarzają się znacznie rzadziej. Niestety, młodsze pokolenia Polaków wychowywały się na korpomowie, która próbuje polskie przypadki gramatyczne zamordować.

Otóż gdzieś w drugiej połowie lat 90. wchodzące na polski rynek zagraniczne przedsiębiorstwa stanęły przed potrzebą stworzenia nowego, atrakcyjnego nazewnictwa, które w Polsce wcześniej nie istniało. Wyobraźmy sobie PR-owca Super Banku, który szuka nazwy dla filii swej firmy w Polsce. – „Super Bank Polski”? – myśli sobie. – Nie, bo wtedy klient musiałby brać kredyt w „Super Banku Polskim”, a rozważałby ofertę „Super Banku Polskiego”. A może „Super Bank w Polsce”? Nie, to jeszcze gorsze… A może by tak po prostu „Super Bank Polska”?

W ten oto sposób obca formuła nazewnicza zagnieździła się w Polszczyźnie, a nazwy typu „XXX Polska” zaatakowały nasz piękny język niczym wirus zombifikacji spadający na ludzkość w apokaliptycznym filmie. Pamiętam, że w drugiej połowie lat 90. taka pałętająca się w ogonie „Polska” strasznie mnie w uszy raziła, jakby kto skrobał gwoździem po szkle. Równie sztuczny wydawał się język reklamy, w którym pytano „Czy pan używa Calgon?”, bo bardziej naturalne zdawało się „używanie Calgonu”. Niestety, pierwsza opcja nie pozostawia wątpliwości, co do brzmienia nazwy produktu w mianowniku i w ten sposób ułatwia klientowi podjęcie, a następnie implementację decyzji zakupowej. Dlatego dopełniacz i inne polskie przypadki zostały przez reklamiarzy skazane na zagładę.

Wyrosły w Polsce pokolenia bombardowane od najmłodszych lat życia kaleką gramatyką. Zanim współczesny człowiek dostanie dowód osobisty, musi przecież wysłuchać tysięcy godzin reklam, w których wszelkie obce nazwy pojawiają się nieodmiennie w mianowniku. I kiedy już taki człowiek przyjedzie do Chin, to go taki nieodmienny Shanghai, Beijing czy Tianjin w uszy w ogóle nie kłuje. Ba, uważa może, że tak być powinno.

Kochani czytelnicy! To przecież straszna szkoda. Przypadki to jedna z najpiękniejszych cech polszczyzny, odróżniająca ją do innych języków, które też są piękne, ale – jeśli chodzi o odmianę rzeczowników – brzmią po prostu prostacko. Jeżeli chcemy, żeby nasze dzieci mówiły po polsku, a nie po „polskiemu” albo w jakimś innym języku, odmieniajmy chińskie nazwy gdzie się tylko da, tak jak odmieniamy nazwy polskie i europejskie.

Podróżujmy do „Shanghaju” (a jeszcze lepiej do „Szanghaju”), „Tiandzinu” (Tiencinu!), „Changszy” czy „Foshanu”. Na lekcjach polskiego już najwyraźniej tego nie uczą, ale końcówki nazw obcych języku polskim można jak najbardziej odmieniać. Można wówczas również zamienić obcą pisownię odmienianej końcówki na całkowicie polską, czyli „TianJINU” na „TianDZINU”. Jest to jak najbardziej dopuszczalne, godne, sprawiedliwe, słuszne i zbawienne. Oto wielka tajemnica języka polskiego: mamy przypadki i nie wahajmy się ich używać. W spokoju zostawiajmy tylko te nazwy, które mają końcówki uniemożliwiające odmianę, a więc Qingdao czy Chengdu.

Na koniec chciałbym jeszcze kilka słów o apostrofie. Otóż polska szkoła poległa również na tym odcinku frontu – nie była w stanie wytłumaczyć najmłodszym pokoleniom jak przy pomocy apostrofu odmienia się nazwy obce. Ostatnio ciągle natykam się na potworki w rodzaju „Shanghai’u”. Tymczasem apostrof w jęzku polskim służy po prostu od odmiany końcówek wyrazów obcych, które – na oko – wydają się niekompatybilne z polską gramatyką. „Shanghai” – nawet  obcej formie – do takich słów nie zalicza, bo raz, istnieje od dawna spolszczona Szanghaj, po drugie, nawet w formie obcej można spolszczyć końcówkę, odmieniając „Shanghai” jak „raj”.

Zastanawiam się, skąd się bierze taka wtórna „alienacja” nazw dawno temu udomowionych i dochodzę do wniosku, że to albo jakiś utajony wstyd z powodu własnego języka (kompleks postkolonialny?) albo zwyczajnie jego nieznajomość.

Czesi piszą „Hillary Clintonova” i się nie przejmują.

Reklamy

7 thoughts on “Mordowanie przypadków

  1. Też mnie to drażni. Z drugiej strony muszę się przyznać, że przypadku imion Chińczyków w pełnej formie (nazwisko+imię) odmieniam tylko drugi człon (imię). Tzn n.p. „zapytałem Zhang Zhenga o to czy..” Nie wiem, głupio brzmi forma Zhanga Zhenga w moim uchu. Jakieś „bieniu” się wydaje 🙂

    Lubię to

    • Niestety, pan Zhang takie właśnie ma imię i nazwisko. W Polsce też takie są. Zapytałeś Marka Jurka czy Marka Jurek? Wszystko trzeba odmieniać, co się da. To jest bardzo prosta i jednoznaczna zasada języka polskiego i nie rozumiem, dlaczego ktoś ją łamie.
      Ludzie, co piszą Beijingu albo Guandżoła, to może po prostu dla jaj?

      Lubię to

      • Tak przy okazji, to nieodmienianie polskich nazwisk również zaczyna być nową świecką tradycją. Jeszcze Jurka ludzie odmieniają, bo się przyzwyczaili z mediów, ale z mniej znanymi osobistościami bywa niestety gorzej…

        Do rzeczy. Biorę Jiuzhizi w obronę, bo również przywykłem do tej tradycji, że w przypadku, gdy wymieniamy po kolei chińskie nazwisko i imię, to pierwszego członu nie odmieniamy. Tak, to jest niekonsekwentna tradycja. Tak, jeśli wymieniamy samo nazwisko, to podlega ono odmianie, choć w duecie z imieniem siedziało cicho. Ale, uzus to uzus…! Jak przyjdzie nowy, to się będzie trzeba dopasować.

        Jaka w tym logika? Nie widzę innej, poza wygodą. Łatwiej odmieniać tylko ostatni człon i łatwiej zidentyfikować potraktowane nazwisko ten sposób nazwisko.

        Lubię to

  2. Dla ścisłości, hasło reklamowe brzmiało „Czy używa pani Calgon?“ – ja zawsze twierdziłem, że poprawną odpowiedzią na takie pytanie jest „A [–] ci do tego, kto mnie używa!”

    A co do apostrofu, to również i ja walczę z jego nadużywaniem, ale reguła jest niezbyt oczywista. W pierwszym przybliżeniu brzmi „apostrof tylko wtedy, gdy końcówka jest niewymawiana” – dlatego np. „Charles’a de Gaulle’a” (bo się wymawia „szarla de gola”), ale „Charlesa Dickensa” (bo „czarlsa dikensa”). A dokładniej to tak:
    http://sjp.pwn.pl/zasady/244-Nazwiska-zakonczone-na-e-nieme;629619.html
    http://sjp.pwn.pl/zasady/245-Jesli-w-ktoryms-przypadku-gramatycznym-brzmienie-gloski;629620.html
    http://sjp.pwn.pl/zasady/Nazwiska-konczace-sie-w-wymowie-na-I-y-I-lub-I-i-I-po-spolglosce;629623.html

    Polubione przez 1 osoba

  3. Zapewniam, że nie nie chodzi o rocznik (urodziłam się w 1982 roku), tylko o oczytanie i językową pewność siebie. Znam też czterdziesto- i pięćdziesięcioletnich ludzi, którzy nie wiedzą, jak odmieniać i na wszelki wypadek nie odmieniają. Ja odmieniam mój Kunming na wszelkie sposoby – jestem przecież naturalizowaną kunminką!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s