Chińska klinika, albo lekcja zarządzania

Na szczęście – odpukać! – nie mam rozległych doświadczeń z chińską służbą zdrowia, ale ilekroć odwiedzam chińskie kliniki jestem pod wrażeniem ich sprawnej organizacji.

W ostatni weekend musiałem zrobić córce badania przed-szkolne. W tym celu udaliśmy się do Szanghajskiego Centrum Medycyny Dziecięcej (上海儿童医学中心) na Ulicy Wschodniej na Pudongu. Po rejestracji, kosztującej 16 juanów, zostaliśmy niezwłocznie przyjęci przez lekarza, który dokonał oględzin młodej, tj. zajrzał do gardła, osłuchał i opukał. Potem wypisał skierowanie na badanie krwi i moczu oraz wzroku i słuchu.

Po uiszczeniu dodatkowych 146 juanów w rejestracji (za wszystkie badania razem), poszliśmy do ambulatorium, gdzie pobrano krew. Potem wzięliśmy kubeczek na mocz i pięć minut później oddaliśmy drugą próbkę. Następnie udaliśmy się do pokoiku, gdzie lekarka za jednym zamachem przeprowadziła badania słuchu i wzroku.

20150502_101636_Richtone(HDR)[1]

自助报道打印机, czyli samoobsługowa drukarka wyników (badań). W Chinach przez wieki praca ludzka była tańsza niż mechanizacja, ale właśnie się to zmienia, czego powyższy aparat jest dowodem.

Myślałem, że teraz przyjdzie nam czekać godzinę lub dwie na wyniki badań, ale jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że już pewnie są gotowe. Wydruk mogłem odebrać sam, udając się do maszyny (zdjęcie obok), która po zeskanowaniu kodu kreskowego wypluła z siebie wyniki. Na ich podstawie lekarz wystawił ostateczne zaświadczenie.

Podsumowując, w ciągu jednej, trwającej trzy godziny wizyty, wykonałem badania, które w polskiej służbie zdrowia wymagałyby kilku wizyt.

Inne moje doświadczenia z chińskimi szpitalami były podobne. Raz żona zachorowała na zapelenie ucha i za jednym zamachem załatwiliśmy konsultację i zakup leków.

W zeszłym roku rozbolał mnie straszliwie ząb i udałem się do Szpitala nr 9 w Szanghaju, który znany jest kliniki stomatologicznej. I znowu: po pół godzinie czekania, zasiadłem na fotelu dentystycznym. Lekarz zaordynował prześwietlenie (wykonane od ręki w sali obok), po którym niezwłocznie przystąpił do leczenia. O ile dentysta w Polsce potrzebuje kilku zastrzyków aby znieczulić ząb, Chińczyk załatwił sprawę jednym strzałem. Byłem pod wrażeniem tempa, w jakim przystępował do borowania, trucia czy kładzenia gutaperki. Leczenie zamknęło się w trzech wizytach i koszcie około 1000 juanów (czyli nieco ponad 600 zł).

O ile mogę stwierdzić na podstawie własnych doświadczeń, z chińskiej służby zdrowia przebija filozofia „jednej wizyty”. To coś jak to mityczne „jedno okienko”, które kiedyś obiecywano polskim przedsiębiorcom. W czasie jednej wizyty chiński pacjent ma otrzymać diagnozę i terapię (jeśli to możliwe). Dlatego chińskie szpitale i przychodnie są świetne w tworzeniu „taśm produkcyjnych”, które do minimum redukują czas potrzebny na wszystkie etapy leczenia. Dzięki temu oszczędzany jest czas i pieniądze, bo przecież każda wyprawa chorego – per saldo – to pieniądze, które chińska gospodarka generuje lub nie.

Oczywiście to racjonalne zarządzanie wynika z przeludnienia. Przy takiej masie pacjentów łatwiej jest utrzymać większy personel, bo działają efekty skali (np. w polskiej klinice jest jeden lekarz specjalista, a w chińskiej pięciu; jak ten polski specjalista sam zachoruje, to koniec, a Chińczyka zawsze zastąpi kolega). Poza tym, gdyby chińska służba zdrowia działała tak, jak polska, to dawno temu by się zatkała, a rozwścieczeni pacjenci urządziliby wściekłe zamieszki, co już się zresztą zdarzało.

Oczywiście, chińska służba zdrowia jest płatna i nie zapewnia tak dobrego pokrycia jak polska. Ale działa efektywniej, bo stara się swoje zasoby centralizować celem efektywnej eksploatacji.

Oczywiście chińska służba zdrowia nie jest idealna. Nie brakuje w niej hochsztaplerów, przekrętów (choćby przypisywanie antybiotyków do błahych schorzeń) i innych bolączek znanych każdej służbie zdrowia na świecie. Polska medycyna też nie jest idealna, ale z pewnością mogłaby działać o niebo lepiej, gdyby zastosowano w niej kilka prostych zasad z dziedziny zarządzania, które stosuje się w Chinach. To bardzo smutne, że po tylu latach transformacji polska służba zdrowia generuje absurdy godne przygód dobergo wojaka Szwejka.

Żeby nie być gołosłownym – anegdota.

Otóż kilka lat temu rozbolały mnie zatoki. Rentgen nic nie wykrył, ale okazało się, że mała przychodnia osiedlowa w mojej okolicy w Warszawie posiada tomograf komputerowy, który może prześwietlić moją głowę. Umówiłem się na badanie, po którym dostałem dysk CD. Polecono mi go wręczyć lekarzowi. Najbliższy laryngolog przyjmował w innej osiedlowej przychodni kilka ulic dalej. Kiedy wreszcie dostałem się na wizytę i wyjąłem z torby płytkę z badaniem, laryngologa na ten widok zrazu porwał śmiech pusty, a potem litość i trwoga.

– I co Pan myśli, że ja zrobię z tą płytą? – westchnął współczująco. I pokazał mi swego antycznego peceta, pamiętającego zapewne czasy, kiedy Aleksander Kwaśniewski redagował „Bajtka”.  Doktor włączył maszynę i ucieliśmy sobie pogawędkę o tym, dlaczego po trzech wizytach (retgen, tomograf i obdukcja) polska służba zdrowia nie jest w stanie wygenerować dla mnie nawet diagnozy.

W tym czasie medyczny pecet do przeglądania tomogramów nieustająco – choć niestety bezskutecznie – próbował się uruchomić. I pewnie próbuje nadal.

 

Reklamy

5 thoughts on “Chińska klinika, albo lekcja zarządzania

  1. Od czasu mojego pobytu w czasie studiów (20 lat temu) zrobili naprawdę duży postęp. Powiedz, czy to prawda, że jak pójdziesz do przychodni/kliniki i dostaniesz receptę, to jest ona do zrealizowania tylko w tej klinice i leki kosztują drożej niż w aptece na ulicy?

    Polubienie

  2. Zimowy smog nie do końca zbawiennie działał na moje gardło, więc systematycznie do lekarzy różnych chodziłem (wywaliło węzły chłonne i migdałki, to wiadomo co internet wtedy może doradzić – w najlepszym wypadku to rak mózgu, haha) i pamiętam jak raz poszedłem, yuan za rejestrację i kobieta kazała mi badanie krwi zrobić, to sobie pomyślałem, że no ciekawie będzie, że wrócę do domu z żółtaczką. Okazało się, że w użyciu tylko jednorazówki, wszystko ładnie zdezynfekowane, a badanie krwi zrobili mi od razu (mimo, że myślałem, że po polsku będę musiał przyjść na czczo). Dwie konsultacje lekarskie, badanie krwi i chyba cztery rodzaje leków, w tym antybiotyk, kosztowało mnie chyba ze 30zł i zajęły mi 1,5h góra. Ale z drugiej strony, może to tylko moje doświadczenia, w 90% wizyt u lekarza, niezależnie od symptomów, kończyła się niezmiennie hasłem 多休息,多喝水, to chińskie remedium na wszystko.

    Polubione przez 1 osoba

  3. W USA zatrulem sie salmonela, z 15 lat temu myslalem ze skonam taki bol miesni i goraczka nic nie pomoglo, nawet EMS, w Chianch zatrulem sie olejem z kanalizacji, w dzien mnie postawili na nogi, jak by nie bylo, jak w tym kawale z delegacja i STD:), CHinczycy sa lepsi

    Polubienie

  4. @Jiuzhizi Na ceny nie zwracam uwagi, bo zakup leków w klinice pokrywa mi na szczęście ubezpieczenie. Ale chińscy dziennikarze faktycznie piszą, że ten sam lek od tego samego producenta może kosztować nawet trzy razy drożej niż w aptece: http://www.qikan.com/article/D4BE73AC-33D5-4F23-AB57-8B8B678B8278 . Cóż, Chiny chorują na mamonizm (拜金主义) i służba zdrowia nie jest wyjątkiem. Apteki zresztą też nie: ilekroć proszę o witaminę C, to mi pokazują jakieś importowane cuda na kiju z wodotryskiem po 100CNY za pudełko. Więc ja wtedy mówię, że chcę taką zwykłą witaminę C za 3-4 kłaje. Ale w Polskich aptekach jest niestety tak samo.

    Nie jestem w stanie stwierdzić, że istnieje jakiś nakaz realizacji recept w szpitalu. Na pewno sam szpital leków bez recepty nie sprzeda, bo wtedy nie będzie działki dla lekarza, który wypisuje receptę. Gotowy świstek można chyba jednak bez przeszkód zrealizować w aptece, a nawet w Internecie.

    Polubienie

  5. O absurdach polskiego NFZ można książki pisać. Żeby utrzymać „międzynarodowy” wątek, to opiszę przypadek, gdy gnałem do czeskiej apteki po antybiotyk dla dziecka, który z Polski wycofano (bo producent miał dosyć przepychanek z NFZem). Antybiotyk skuteczny, bo w aerozolu i rozpyla się miejscowo na gardło, nie trując reszty organizmu.

    Gnałem te 20 km „na czuja”, śmigając po przygranicznym mieście jak pershing, poszukując dowolnej czeskiej apteki. Ostatecznie jakaś przerażona Czeszka skierowała mnie w odpowiednim kierunku – zdążyłem na minutę przed zamknięciem. Aptekarka obśmiała moją receptę od lekarki – u nich ten antybiotyk jest bez recepty.
    I błyskawicznie zadziałał.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s