Wietnam (1): niezły Sajgon

motocyklisci

Wietnam przypomina trochę Chiny sprzed 10-15 lat. Ale z drugiej strony jest do Chin kompletnie niepodobny – oto garść rozważań z wyprawy do kraju żółtej gwiazdy.

Od wielu lat fascynuje mnie pewien paradoks: Wietnamczycy to największa w Polsce mniejszość narodowa, ale wiedza na temat Wietnamu nad Wisłą pozostaje na bardzo niskim poziomie. Wietnam słabo wgryzł się we współczesną polską kulturę, nie jest reprezentowany przez jakieś wyraziste osobowości, chociaż mamy na przykład celebrytę mongolskiej proweniencji. Przez polską politykę zdążyło się przewinąć już kilka wyrazistych czarnoskórych postaci, z konserwatywnym posłem Godsonem na czele, a tymczasem wietnamscy kandydaci na radnych dali się poznać w zasadzie dopiero w czasie ostatnich wyborów. Wreszcie polscy reportażyści woleli dotąd pisać o Gruzji, Ugandzie czy nawet Zanzibarze, omijając szerokim łukiem kraj, z którego wywodzi się jakieś 40 tys. Polaków.

Od dawna chciałem do Wietnamu pojechać, żeby jakoś ogarnąć te paradoksy i zrozumieć, jaki ów kraj naprawdę jest. W 2000 roku miałem jechać na wyprawę studencką razem z socjologami z UW, ale akurat zdobyłem stypendium w Chinach i z wyjazdu zrezygnowałem. A potem było coraz trudniej: wróciłem z ChRL, zacząłem pracę, założyłem rodzinę, straciłem pracę, próbowałem utrzymać się na powierzchni jako wolny strzelec, wreszcie zmieniłem branżę i wyjechałem do Chin. Ostatecznie jesienią ubiegłego roku plany wyjazdu do Wietnamu nabrały realnych kształtów… Tyle, że tym razem musiałem zapomnieć o intensywnej wyprawie z plecakiem, bo zaplanowaliśmy wakacje z moimi rodzicami. Dziadkowie i dzieci to świetne połączenie, ale raczej w okolicach plaż i morza, niż w pociągach, autobusach i tanich hostelach.

Po radę, gdzie są najlepsze w Wietnamie plaże, zwróciłem się do Maćka Ryczko, który na tamtą wyprawę do Wietnamu w 2000 roku pojechał, a potem został tam już na dobre. Ożenił się z Wietnamką i doczekał trzech synów, noszących piękne polskie imiona Mieszko, Kazimierz i Władysław. Maciek prowadzi aktualnie firmę turystyczną (polecam, rzecz jasna) i nakierował nas na wyspę Phu Quoc, o której więcej napiszę w kolejnej notce.

Sajgon

Przy powyższych założeniach wstępnych, w Wietnamie kontynentalnym miałem okazję zobaczyć jedynie Sajgon i okolice. Sajgon zrobił na mnie dobre wrażenie: to ruchliwe, kolorowe miasto z widoczną kolonialną przeszłością. W porównaniu z chińskimi aglomeracjami w oczy uderza niska zabudowa. Trudno uwierzyć, ale w tym 8-milionowym mieście stoją w zasadzie tylko pojedyncze drapacze chmur i nie ma tu śladu mrówkowców. Ulice są niezbyt szerokie, za to ocienione drzewami. Wszędzie jest pełno sklepów i reklam. Sajgon przypomina Pekin czy Szanghaj sprzed 10-15 lat, zanim jeszcze na dobre rozkręcił się w Chinach boom dewelopersko-samochodowy. Stolica wietnamskiego południa, wydała mi się jednak czystsza i schludniejsza niż chińskie miasta, a przede wszystkim – bardziej elegancka.

Chociaż ChRL wyprzedza Wietnam o całe lata pod względem rozwoju gospodarczego (PKB per capita w Chinach wynosi 11,9 tys. dol, w Wietnamie 5,2 tys. dol.), to Wietnamczycy są wyraźnie lepiej ubrani od Chińczyków, tak jakby najzwyczajniej w świecie mieli lepszy gust. Nie mam pojęcia, czy to jest pozostałość francuskiego kolonializmu czy Wietnamczycy z Północy są równie gustowni, ale z moją lepszą połową razem doszliśmy do wniosku, że tradycyjny wietnamski strój kobiecy (ao dai) jest elegantszy niż tradycyjny strój chiński (czyli komplet gacie plus bluza, który ma sobie powab piżamy). Natomiast przejęta przez Chińczyków mandżurska sukienka qipao (旗袍) dobrze wygląda tylko na młodych dziewczętach, bo jest obcisła i kusa. Bywa, że kobiety w qipao wyglądają bardziej wyzywająco niż elegancko.

Tymczasem dobrze skrojone ao dai uwypukla talię, nadając sylwetce kobiecy kształt. Tak ubrane Wietnamki wyglądają ładniej od Chinek. Poza tym, to, co się rzuca w oczy to cera: prawie nie widać kobiet z wypryskami na twarzy, podczas gdy w Chinach dziobate oblicza nadal widzi się powszechnie na ulicy (choć agresywne wejście koncernów kosmetycznych na chiński rynek w jakimś stopniu przerzedziło szeregi osopowatych piękności).

Pałac Niepodległości w Sajgonie

Pałac Niepodległości w Sajgonie

W Sajgonie spędziliśmy w sumie trzy całe dni, ale na zwiedzanie samego miasta mogliśmy przeznaczyć tylko w dwa, w dodatku były to dni transferowe. Tak też udało nam się obejrzeć z zewnątrz klockowaty Pałac prezydencki, którego zdobycie przez siły komunistyczne stało się symbolem upadku Sajgonu 30 kwietnia 1975 roku. Na Wschód od pałacu rozciągają się piękne planty, które za czasów francuskich u schyłku XIX wieku były granicą miasta. Za plantami wznosi się katerda Notre Dame będąca udaną kopią paryskiej świątyni.

Przy katedrze znajduje się przepiękny budynek poczty – świątynia nowoczesności na miarę fin de cicle. Główna hala z kolebkowym sklepieniem wspartym na żeliwnych dźwigarach roztacza urok minionej epoki, kiedy pisało się listy, wysłało pocztówki i zamawiało rozmowy międzynarodowe, prowadzone z eleganckich drewnianych budek, w których dziś ulokowano bankomaty. Poddaliśmy się dzieciakami urokowi tego miejsca i wysłaliśmy – jak za dawnych dobrych lat – pocztówki do Polski. Kto wie, kiedy jeszcze nadarzy się taka okazja?

Muzeum Pozostałości Wojny (oryg. War Remnants Museum) było rozczarowaniem, bo nie umywa się do Muzeum Wojny w Seulu czy Muzeum Powstania Warszawskiego. Jest to w zasadzie niewielka propagandowa wystawa okraszona egzemplarzami zdobycznego amerykańskiego wyposażenia. Owszem, można obejrzeć ikoniczny śmigłowiec Huey, tudzież czołgi i samoloty, a także karabiny, które każdy duży chłopiec zna świetnie z filmów wojennych. Ale o przebiegu i charakterze tej wojny niewiele się można dowiedzieć, gdyż autorzy wystawy koncentrują się na amerykańskich ekscesach. Zdjęcia ofiar agent orange są wstrząsające, ale przecież wiadomo, że nie tylko Amerykanie dopuszczali się w Wietnamie zbrodni…

Plakat propagandowy wojna Wietnam

Plaktaty przeciw wojnie wietnamskiej pojawiły się m.in. w ZSRR. Ale w wojennym muzeum w Sajogonie ich nie pokazano. Dlaczego…?

Na parterze umieszczono plakaty propagandowe z krajów, gdzie się tej wojnie sprzeciwiano, m.in. z Japonii i Szwecji. Zdumiał mnie kompletny brak analogicznych eksponatów z bloku wschodniego – za wyjątkiem NRD, ani plakaciku czy zdjęcia z ZSRR czy Polski. Co się za tym kryje?

W czasie spacerów po Sajgonie cieszyliśmy się niskimi cenami – Wietnam pozostaje znacznie tańszy niż Chiny, można tu zrobić zakupy za znacznie mniejsze pieniądze, a jakość produkcji nie odbiega od tego, co oferują chińskie bazary. Równie tanio i dobrze można zjeść, a to co, nam podawano było kompletnie niepodobne do kuchni polsko-wietnamskiej, którą znamy z „chińskich budek” i wietnamskich restauracji w Polsce, a także do dań, które sprzedaje się w Chinach jako kuchnię wietnamską. Dość powiedzieć, że autentyczna wietnamska kuchnia jest znacznie bogatsza i smaczniejsza od swoich zamorskich imitacji. Żałowałem, że nie znam wietnamskiego i nie mam czasu, żeby na eksplorację tych nowych kulinarnych obszarów. Z ciekawszych rzeczy zjadłem usmażoną na chrupko i sucho żabę oraz szczura polnego, który smakował jak chudy, wolno biegający kurczak. Mięso zdecydowanie warte polecenia.

Ze straw duchowych mogę wspomnieć wszechobecne plakaty propagandowe. W Wietnamie nadal korzystają one archaicznych form, jakie pamiętam z plakatów w Polsce – grube kontury, komiksowe postaci, pełne patosu pozy i wszechobecny wujek Ho. Stanowi to ogromny kontrast ze współeczsną propagandą chińską, która odrobiwszy starannie lekcję nowoczesnej zachodniej reklamy i PR od lat ucieka  m.in. w tradycyjne formy rustykalne.

Najbardziej zdumiał mnie propagandowy plakat z… księdzem. Tam, gdzie chińscy i sowieccy propagandyści umieszczali żołnierza, robotnika i traktorzystkę, wietnamscy agitatorzy namalowali katolickiego księdza i buddyjskiego bonzę – szok! Lenin i Marks pewnikiem przewracają się w grobie.
komunistyczny plakat propagandowy z księdzem 2

Ale jeszcze większym szokiem było dla mnie błękitne niebo nad Sajgonem i czerwonokrwiste zachody słońca, roztaczające purpurowe łuny nad horyzontem. W Chinach takie widoki należą do rzadkości. Kiedy wracaliśmy do ChRL i samolot wylądował w Kantonie, ujrzeliśmy szare, pełne smogu niebo, niczym z postapokaliptycznego filmu. To był straszliwy zgrzyt po rajskich obrazach wyspy Phu Quoc, na której spędziliśmy 8 dni. Takie widoki uświadamiają, jak wielką cenę płaci chińskie środowisko za szybki rozwój gospodarczy.

W kolejnych wpisach opowiem o delcie Mekongu, tunelach Cu Chi i wyspie Phu Quoc. Stay tuned!

Advertisements

11 thoughts on “Wietnam (1): niezły Sajgon

  1. Prawda, jakby nagle Wietnamczycy z Polski zniknęli, to by można powiedzieć, że jakby ich nigdy nie było, bo nic by po sobie nie zostawili. Mało kto się zajmuje studiowaniem ich języka na poważnie. BTW, niedawno umarła Teresa Halik, która była jedną z niewielu osób, które Wietnamczyków polskich badały i pisały na ten temat. Z drugiej strony może to dobrze, że nie ma ich w polityce. Obraz Wietnamczyka palikociarza mógłby mi obrzydzić spożywanie bundoufu.

    Lubię to

  2. Cóż, polska wietnamistyka jest chyba w powijakach, ale generalnie takie studia już ruszyły właśnie m.in. dzięki prof. Halik, którą bardzo dobrze wspominam. Chodziłem do niej na wykłady na warszawskiej sino, było bardzo pozytywną osobą, chętnie dzieliła się wiedzą. Uwielbiałem z nią rozmawiac na przerwach…

    Co do Wietnamczyków w polityce, to moim zdaniem jednak szkoda, że ta społeczność nie wydała wyrazistych osobowości, może poza m.in. Ton Van Anh. Żyją w Polsce, ciężko pracują, a Polacy nic o nich nie wiedzą – dziwne. Ale dlaczego mieliby mieć coś wspólnego z Palikotem? Wielu z nich to katolicy.

    Lubię to

      • Toteż napisałem „wstępnej” Nie było zresztą moim zamiarem pisanie tu, na blogu, o sympatiach politycznych. Wspomniałeś w tekście Godsona, który teraz ma chyba właśnie w PSL-u kolegów od Palikota. Konserwatywny, kurcze blade 🙂 Tak sobie pomyślałem, że jakby Wietnamczycy pojawili by się w polityce, to bym zobaczył ich różne twarze. Te złe też. Już nie kojarzyliby mi się tylko z miłymi twarzami z Bakalarskiej. Tylko tyle 🙂

        Lubię to

  3. Wietnam bomba kraj, wracając z rocznego stypendium w Chinach odwiedziłem z dziewczyną, Polką pochodzenia wietnamskiego, jej rodzinę i na południu i na północy Wietnamu, w sumie 1.5 miesiąca życia w wietnamskich domach i świetnie wspominam. Mimo, że kuchnie chińską kocham szczerze, to jednak wietnamska jest lżejsza, zdrowsza i równie wyrazista. No i kultura ma naleciałości francuskie, więc dobre pieczywo i dobrą kawę można łatwo dostać, nie jak w Chinach.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s