010 Rybacy na rzece Li

Na przełomie Nowego Roku wyjechaliśmy do Guilinu i Yangshuo. Od dawna chciałem rodzinie pokazać te surrealistyczne krasowe krajobrazy, które dzieciaki znają z Kung-fu Pandy (a ja je pamiętam jeszcze z Dooma). Wycieczka udała się znakomicie.

Pozytywne zaskoczenie:  Guilin

Wszystkie przewodniki utrzymują, że to duże miasto, które najlepiej ominąć w drodze do Yangshuo (i tak też uczyniłem w czasie pierwszej wizyty 13 lat temu). Tymczasem Guilin okazał się całkiem interesującym, jednodniowym przystankiem w naszej wycieczce. Zwiedziliśmy Jaskinię Trzcinowych fletów (芦笛岩), obejrzeliśmy słynną Górę Słoniowej Trąby (象鼻山), która jest symbolem miasta. Bardzo przyjemnym miejscem okazał się teren pałacu książęcego (晋江王城), gdzie urzędowali namiestnicy dynastii Ming. Wprawdzie sam budynek rozwalili najpierw Japończycy, a potem hunwejbini, ale ocalał otaczający go park (obecnie kampus Guilińskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, 桂林师范大学). Mingowskie założenie przypomina pekińskie Zakazane Miasto i od północnej strony wieńczy je naturalna, niemalże pionowa góra, z której rozciąga się świetny widok na całe miasto. 

Smutne zaskoczenie: Yangshuo

Kiedy przyjechałem tam pierwszy raz w 2001 roku, Yangshuo było niewielką mieściną, a gros turystów stanowiły blade twarze. Trzy ulice na krzyż  pełne były barów serwujących naleśniki i filmy z pirackich płyt, odtwarzane wieczorami na plazmowych telewizorach. W parku – wówczas płatnym – spotkałem parę hipisów z Polski. Jak się potem okazało, chłopak został znanym reżyserem… 

Jak informują przewodniki, ok. 2005 roku Yangshuo stało się popularne wśród krajowców, którzy chcieli się przekonać, co tak urzekło laołajów. I to był początek końca mekki „plecakowców”. Miasto przeżyło gwałtowny wzrost, a sektor turystyczny – komrecjalizację. O ile kiedyś, z głównej ulicy wyjeżdżało się wypożyczonym rowerem niemal wprost na wiejskie drogi, to dziś Yangshuo rozrosło się o hałaśliwe przedmieścia, przez które najlepiej przemknąć motocyklem lub samochodem. Cała okolica zpełniła się klockowatymi, piętrowymi domkami, które masakrują piękny krajobraz (stare niskie, kryte dachówką domostwa z ziemnej cegły były w ten krajobraz lepiej wrośnięte). A będzie jeszcze gorzej, bo okoliczni chłopi na potęgę wyprzedają ziemię pod nowe hotele (biorą 60 tys. juanów za jedno mu), a sielski krajobraz przecinają wskroś rozkopaliska – władza buduje nowe drogi pod masowego turystę.

Tak jak chiński wykształciuch od stuleci wielbi przyrodę w formię pseudo-dzikiego ogrodu, starannie zaplanowanego i ogrodzonego, tak chiński turysta lubi zorganizowane atrakcje zaopatrzone w sklepy, wytyczone ścieżki, oświetlenie i foto-naganiaczy pstrykających mu upozowane zdjęcia po 20Y sztuka. Piękne jaskinie może coś tam zyskały na kolorowym oświetleniu, ale betonowe alejki odjęły im uroku dzikości. Biletowane wejścia i sklepy w środku są najzwyczajniej wkurzające. Tym bardziej, że np. cena biletu nie przekłada się na jakość usługi. Dla nas superatrakcją była jaskinia z gorącymi źródłami, w których można się pomoczyć. Tyle, że przebieralnią okazała się ordynarna przegródka z pustaków, zasyfiona papierem toaletowym i siatkami foliowymi, cuchnąca szczyną… Cóż, tego problemu nie potrafią rozwiązać na najdroższych basenach w Szanghaju. Pod względem higieny Chiny mają jeszcze przed sobą długą drogę.

Zaskakujące zaskoczenie: karp w piwie a la Yangshuo

W Chinach utarło się, że każda szanująca się miejscowość ma swoją własną potrawę, której koniecznie trzeba spróbować. W Guilinie jest to makaron ryżowy – nic specjalnego. Yangshuo jednak nie miało takiej atrakcji, gdyż najpierw było niewielką mieściną, a potem odwiedzali je głównie cudzoziemcy. Konsumowane przez nich naleśniki i spaghetti w żadnym razie nie nadawały się na spécialité de la maison serwowane krajowym turystom.

Wymyślono więc karpia w piwie a la Yangshuo (阳朔啤酒鱼). Ryba pochodzi z jednej z dwóch pobliskich rzek, Li (漓江) lub Yulong (遇龙河). Woda w obu jest nadal czysta (w Li przestaje być czysta poniżej Yangshuo), więc karpie są tam w stanie przeżyć, a nawet się utuczyć. Kucharz gotuje karpia w rzecznej wodzie i doprawia czosnkiem, chilli i piwem.

I ten ostatni składnik jest zaskakujący, bo przecież piwo w Chinach znane jest ledwo nieco ponad 100 lat (wbrew przekonaniu o pierwszeństwie Tsingtao, pierwszy browar w Państwie Środka założył pono w Harbinie zruszczony Polak nazwiskiem Wróblewski w 1900 roku, wyprzedzając Niemców w Qingdao o trzy lata). Ryba w piwie jest zatem potrawą na wskroś nowoczesną, ukazującą żywotność chińskiej kultury i jej zdolność do adaptowania i udomawiania elementów obcych. Za sto, dwieście lat karp w piwie będzie być może takim klasykiem, jakim po 300 latach od przywiezienia do Chin stały się papryczki chilli w daniach syczuańskich. Miejmy jednak nadzieję, że do tego czasu kucharze wpadną na pomysł, żeby tego pysznego karpia przed ugotowaniem oskrobać — pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się wygrzebywać z ryby nie tylko ości, ale i łuski.

doom & yangshuo

Krajobrazy Yangshuo w grze Doom.

 

Reklamy