VPN, czyli moja chińska soma

1116210_10201707905850201_1387003652_o

Właśnie przeczytałem na jednym portalu, że chińskie kina zaczęły wyświetlać w czasie seansów „tweety” z komentarzami widzów. Wiedza o blokadzie Twittera (i paru innych serwisów) w ChRL nie jest chyba w Polsce wiedzą tajemną, toteż zaskoczył mnie ten kwiatek. Załóżmy jednak, że autor pisząc „tweet” miał na myśli wpis na dowolnym serwisie mikroblogowym  (buty Nike czy Rebook też nazywane są „adidasami”). Albo że miał to na myśli autor oryginalnej wiadomości, którą przepisał nasz dzielny portalista.

Ale nie o tym dziś chciałem… Otóż chciałbym się zmierzyć z tematem VPN-ów. Wordpress też jest w Chinach zablokowany, a mimo to jestem w stanie publikować na nim tego bloga. Korzystam bez problemu z Twittera, Facebooka, Google Maps i mnóstwa innych serwisów, które są normalnie niedostępne. Raz pokazałem FB na komórce jednemu znajomemu Chińczykowi. W efekcie ujrzałem bezbrzeżne zdumienie, jakie zazwyczaj ogląda się na twarzach bohaterów komedii. 

Jak wchodzę na Facebooka? Korzystam po prostu ze serwisu VPN. Skrót VPN oznacza Virtual Private Network czyli „wirtualną sieć prywatną”. Wirtualną, bo istniejącą jedynie jako informatyczny konstrukt wewnątrz rzeczywistej sieci internetowej. Prywatną, bo dostępną jedynie dla wtajemniczonych. Kosztuje mnie ona 100 dol. rocznie i umożliwia korzystanie z zawartości, która dla „normalnego” użytkownika za Wielkim Murem jest niedostępna. To tak, jakbym teleportował mój komputer do Ameryki, Polski czy Hongkongu. Abonament pozwala na korzystanie z serwisu na wielu urządzeniach jednocześnie, także na smartfonie (w połączeniu z chińską siecią komórkową VPN strasznie się ślimaczy, dlatego statusów na FB nigdy nie wrzucam z komórki).

Chiny tolerują użytkowników VPN, choć o ich istnieniu raczej nie trąbi się wokoło. Dlatego mój znajomy i duża część Chińczyków jest zwyczajnie zdziwiona dowiadując się, że Great Firewall można tanim kosztem i prostym sposobem ominąć. Owszem, na ogół wiedzą, że istnieje blokada, ale większość z nich specjalnie nie odczuwa jej skutków, gdyż żyją z nią od zawsze. Zakupy robią na Taobao, „tweetują” na Sina Weibo, płacą przez Alipay, czatują na WeChacie, a jak chcą czegoś poszukać, to po prostu to „bajdują”. Poza mną oraz garstką ekspatów i dysydentów w chińskim morzu, mało kto tęskni za Googlem czy Facebookiem.

Długo myślałem, że chińska blokada ma podłoże głównie polityczne. Jest to narracja, którą od lat wciskają prasie działy PR wielkich koncernów internetowych z Ameryki, walczących rzekomo o wolność słowa. Cała ta bajka runęła niczym domek z kart po ujawnieniu rewelacji Edwarda Snowdena. A także kiedy zaczęła się dyskusja nad przemysłem Big Data, wywołana m.in. przez poczytną książkę Big Data Viktora Mayora-Shoenbergera i Kennetha Cukiera. Oto okazało się, że Internet to pułapka na ludzi, zastawiona przez wielki biznes wysługujący się amerykańskim władzom. Wszystko co robimy w sieci, jest monitorowane, a z oceanu przypadkowych danych można wyłowić wzorce zachowań, które dają wiedzę, władzę i duże pieniądze. Amerykańskie służby mają do tych danych bezproblemowy dostęp.

Trudno się dziwić aspirujacemu supermocarstwu, jakim są Chiny, żeby pozwalało konkurentowi na gmeranie w swoim strategicznym zasobie, jakim są Big Data produkowane codziennie przez miliardową populację (monitorując maile czy pytania do wyszukiwarek można się dowiedzieć, w której części Chin wybuchła epidemia ptasiej grypy, gdzie wybuchły zamieszki, albo że Wang Xiaoying zamieszkała ulicy Ludowej 200 m. 345 w Zhengzhou akurat zaszła w ciąże, choć jeszcze ona sama o tym nie wie). Owszem chińska blokada tłumi wolność słowa, ale to nie jest – jak się wydaje – jej najważniejsza funkcja. Tolerowanie VPN dowodzi, że nie o blokowanie informacji tu chodzi, a biznes i wpływy.

Same VPN-y są bowiem w Chinach tolerowane z tych właśnie powodów. Sieci prywatne są podstawą komunikacji w każdym poważnym biznesie. Pozwalają chronić dane klientów rozmaitych firm – finansowych, produkcyjnych, informatycznych, logistycznych itd. Globalne korporacje, które działają w Chinach zwykle puszczają swoją komunikację przez VPN-y. Ale nawet przedstawiciel small businessu regularnie przyjeżdżający do ChRL szybko wykupi sobie w takim serwisie abonament, bo nie wyobraża sobie funkcjonowania bez zachodnich witryn. W ten sposób Chiny nie zarzynają złotej kury, jaką są dla nich zagraniczni importerzy i inwestorzy.

A że paru Chińczyków wejdzie sobie przez VPN na zagraniczne strony? Żaden to problem, dopóki siedzą cicho i nie rozgłaszają swoich odkryć wszem i wobec z transparentem w garści na środku ulicy. Przykładowo na Twitterze działa sobie całkiem prężna społeczność dysydencka, licząca dziesiątki  tysięcy chińskich użytkowników i raczej niewiele z tego wynika. Mało tego, jak mniemam istnieje całkiem spora grupa chińskich użytkowników VPN, którzy popierają lub zwyczajnie tolerują czerwoną władzę. Dla tej grupy dostęp do nieocenzurowanej informacji to przywilej będący oznaką przynależności do klasy lepiej sytuowanej. Istnienie tej grupy konserwuje system, a przewidywali je autorzy polskiej fantastyki socjologicznej.

Na przykład Zajdel w Limes inferior opisywał system egzaminacyjny oceniający inteligencję. System szeregował ludzi pod względem zdolności i dając im coraz to wyższe przywileje. Ludzie oczywiście powszechnie oszukiwali ten system (zajmowali się tym cwaniacy zwani „lifterami”, a szczęśliwcy, którzy osiągnęli wysoki poziom, patrzyli na ogół z pogardą na biedujących frajerów. W Twarzą ku ziemi Maciej Parowski opisywał z kolei podziemny świat pełen coraz to wykwintniejszych luksusów.

Dystopie możemy generalnie podzielić na „piekła” i „nieba”. W piekłach ludzie trafiają do coraz to niżej położonych i coraz to straszniejszych kręgów udręki – dokładnie tak jak w Związku Radzieckim, gdzie z ulicy można było trafić do więzienia, z więzienia do łagra, a z łagra – w katorgę najgorszą, jaką jest niebyt. Śpiewał o tym Jacek Kaczmarski w Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego.

W niebach z kolei osiąga się coraz wyższe stopnie przywilejów. Do posłuszeństwa wobec władzy motywuje ludzi nie tyle strach, co chęć zysku, podniesienie swojego statusu. Amerykański sinolog Jeffery N. Wasserstrom pisze, że współczesne Chiny nie przypominają Roku 1984, lecz raczej Nowy Wspaniały Świat Huxleya. Kompletnie się z nim zgadzam. Zastanawiam się tylko, do jakiego stopnia Zachód sam jest takim „nowym wspaniałym światem”? Ostatecznie bowiem wszystko sprowadza się do platońskiej pieczary, w której siedzimy i oglądamy taniec cieni na ścianie. W ludzkiej naturze leży wiara w wyzwoliciela, który wyprowadzi nas na światło dzienne. Jedni chcą go widzieć w Jezusie, inni w Marksie, a jeszcze inni w Korwinie.

A ja tam siedzę sobie w mojej nowej chińskiej pieczarze i raczę się cyfrową somą sączącą się przez VPN-owe łącze.

Reklamy

3 thoughts on “VPN, czyli moja chińska soma

  1. Odkryłem pański blog niedługą chwilę temu i jestem pod wielkim wrażeniem – w sposób niebalany i inteligentny opisuje Pan rzeczy, na których temat wielu ludzi nie powiedziałoby więcej niż kilka zdań… A jednocześnie nie jest to z Pana strony zwykłe „lanie wody”. Rewelacyjny blog!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s