Tradycyjna chińska dysproporcja płci

Niedawno koleżanka M. z pracy wróciła za biurko po urlopie macierzyńskim. W czasie przerwy obiadowej siedliśmy sobie przy ekspresie do kawy, aby ogrzać się jej szczęściem. Koleżanki pytały o to, kto zajmuje się maluchem w czasie kiedy M. chodzi do pracy (oczywiście jej matka, taka jest chińska tradycja). Pamiętałem, że M. ma już całkiem sporą córkę, a z kolei inna koleżanka z Ningbo za przywilej posiadania dodatkowego potomka musiała wyłożyć z mężem równowartość trzyletnich zarobków obojga (za takie pieniądze legalizuje się nadmiarowe dzieci w myśl chińskiej polityki kontroli urodzeń; stawka jest ustalana lokalnie). Dlatego zagaiłem: – A ile to teraz kosztuje w Szanghaju?

– Nic – uśmiechnęła się M. promiennie – bo mój mąż jest Mandżurem. A jeżeli jedno z małżonków należy do mniejszości narodowych, to można mieć dwoje dzieci.

Jak się okazuje, mąż pochodzi z Hebei, a w jego rodzinnym domu mówiono po mandaryńsku, gdyż Mandżurowie w ostatnich stuleciach masowo się sinizowali. Chciałem zapytać przy okazji, czy zwykłemu Hanowi byłoby trudno załatwić rejestrację jako mniejszość narodowa (aby zwiększyć sobie limit o dodatkowe dziecko), ale takie pytanie byłoby oczywiście grubiaństwem, więc się zmitygowałem.

Niemniej, kwestia przepływów ludności pomiędzy 56. grupami etnicznymi w Chinach (dominują Hanowie, którzy stanowią 91 proc. populacji) wydała mi się niezmiernie ciekawa, więc zacząłem się zastanawiać, czy to w ogóle ktokolwiek monitoruje? A jeszcze ciekawszy jest inny problem:  jak to się  dzieje, że w Chinach teoretycznie obowiązuje „polityka jednego dziecka”, a tymczasem na statystyczną kobietę przypada 1,4 urodzeń? Dodajmy, że 1,4 to nieco więcej, niż w katolickiej, kontrantykoncepcyjnej i klauzulosumiennej Polsce…

***

Od jakiegoś czasu sporo się o chińskiej polityce kontroli urodzeń pisze. Państwo Środka szybko się starzeje, więc mądre głowy w Zhongnanhai głowią się jakby tu wyprodukować więcej młodych Chińczyków na potrzeby sektora produkcyjnego, który od czasu do czasu dostaje zadyszki. Pisząc o wprowadzanej ostrożnie urodzeniowej liberalizacji, zachodni dziennikarze często powtarzają, że „polityka kontroli urodzeń doprowadziła do zaburzenia proporcji płci”, gdyż rodzice, szczególnie na wsi, pozbywają się żeńskich płodów, w czym pomagają im nowoczesne metody diagnostyczne z USG na czele. Mógłbym podać wiele przykładów tej argumentacji w polskiej i anglojęzycznej prasie, ale nie widzę sensu pokazywania paluchem konkretnych autorów.

Zbyt długo zajmuję się Chinami, aby wziąć tę opinię za dobrą monetę. Jeżeli podamy ją bez żadnych uwag dodatkowych – a tak się ją zwykle podaje w tekstach gazetowych – to można odnieść wrażenie, że kiedyś w Chinach była równowaga płci i dopiero demograficzne manipulacje władz ją zaburzyły. Nic bardziej mylnego. Otóż, owszem: Chińczycy – ale także Indusi czy Koreańczycy – pozbywają się żeńskich płodów, ale nie zaczęli tego robić po wynalezieniu USG ani po wprowadzeniu w 1979 roku przepisów regulujących kwestie demograficzne

W Chinach zabijano dziewczynki od wieków. Ponieważ płci nie dało się ustalić przed narodzinami, wykonywano tzw. „aborcję postnatalną”, jak ją nazwał w jednym z swoich zakręconych opowiadań Philip K. Dick („Przedludzie”). Aborcja postnatalna to po prostu morderstwo, które w Państwie Środka wykonywano topiąc żeńskie nowordki niczym zbędne kocięta. Już Han Fei (280-233 p.n.e.) pisał, że kiedy na świat przychodzi chłopiec, to rodzice wzajem sobie gratulują, a dziewczynkę po prostu zabijają, kierując się długofalowym interesem rodziny. (“父母之于子也,产男则相贺,产女则杀之。此俱出父母之怀妊,然男子受贺,女子杀之者,虑其后便计之长利也。”)

Od czasów dynastii Han praktykę uzasadniano chińską tradycją, której patronowała konfucjańska filozofia. Wedle konfucjanistów zbicie rodzica, nawet przypadkowe, było zbrodnią, która domagała się kary śmierci. Z kolei rodzic mógł dowolnie rozporządzać życiem dziecka jak swoją własnością. Konfucjańska literatura pełna jest przekazów o dzieciach poświęcających życie dla rodziców. Jednocześnie tradycja ta – powiązana z kultem przodków – faworyzowała mężczyzn. O spokój człowieka w życiu pozagrobowym mogli bowiem zadbać tylko kontynuatorzy jego rodu, czyli synowie i wnuki, karmiąc głodne duchy ofiarą składaną na ołtarzu przodków. Dlatego przysłowie mówiło, że brak synów to jeden z największych występków przeciw cnocie nabożności synowskiej xiao (孝). I dlatego rodzice, mając wiele gąb do wyżywienia, nie wahali się mordować córek.

W takich realiach oczywiste z europejskiego punktu widzenia przykazanie „nie zabijaj” zostało w dużej mierze wprowadzone przez główną obcą religię w Chinach, czyli przez buddyzm (ale później też przez rodzimy taoizm, który drogą „osmozy” przejął wiele buddyjskich elementów). W buddyzmie istnieje koncepcja karmy, która zakłada, że złe i dobre uczynki sumują się, a ich bilans wpływa na nasz los, także po reinkarnacji. Skala mordowania dziewczynek w dawnych Chinach była tak wielka, że buddyjscy mnisi kolportowali wśród kobiet edukacyjne obrazki, strasząc je wizją srogiej, karmicznej odpłaty. Oto jeden z nich, pochodzący z czasów ostatniej chińskiej dynastii Qing

córkobójstwo

Przerażona, rodząca kobieta leży na łóżku, po którym baraszkują duchy jej trzech zamordowanych córek (sposób ich zgładzenia ilustrują nóżki dziecka wystające z wiaderka). Komentarz nosi tytuł „Utopione córki domagają się życia [synów]” (溺女索命). Tekst objaśnia, że za każdą zbitą dziewczynkę musi umrzeć jeden chłopiec, a za dwie dziewczynki – dwóch chłopców. Po zabiciu trzech dziewcząt musi także umrzeć również matka-katka. Ilustracja przedstawia niejaką panią Zhang (张) z Zhenjiangu (镇江), która odchowała dwóch chłopców, ale utopiła trzy córki. W efekcie zarządzeniem losu obaj chłopcy zmarli na cholerę (ich zwłoki leżą na łóżku obok), a pani Zhang musi wyzionąć ducha przy kolejnym porodzie. „Życie za życie. Taka jest Droga Niebios” (一命抵命。天道如此。). Stojąca przy łożu postać zatroskanego mnicha z parasolem i różańcem stanowi uosobienie Drogi Niebios, którą można też przetłumaczyć po prostu jako Kolei Rzeczy.

Jak mniemam, w dawnych Chinach nikt nie prowadził dokładnych statystyk urodzeń, ale łatwo zgadnąć, że w takich realiach proporcje płci przez całe stulecia i tysiąclecia były poważnie zaburzone. Można to zresztą wydedukować z danych pośrednich. Studiując kiedyś historię misji katolickich w Chinach trafiłem na statystki sierocińców prowadzonych w latach 30. ub. wieku przez katolickich misjonarzy m.in. z Polski. Statystyki te były porażające: na 1 chłopca przypadało 9 dziewczynek. Gdyby nie miłosierdzie „zamorskich diabłów” w habitach, wiele z tych dziewcząt zostałoby po prostu zabite.

Reasumując, to nie polityka kontroli urodzeń doprowadziła do zaburzenia proporcji płci, tylko stara chińska tradycja, która na szczęście odchodzi w przeszłość. Dzieje się tak po części właśnie dzięki polityce kontroli urodzeń, dzięki której chińskie społeczeństwo wzbogaciło się szybciej. Wszyscy w zasadzie chińscy autorzy przez wieki podkreślali, że córkobójstwo było spowodowane głównie motywami ekonomicznymi.

Ilustracja oraz częśći informacji zawartych w tym tekście pochodzą z książki Davida E. Mungello Great Encounter of China and West, 1500-1800

Reklamy

4 thoughts on “Tradycyjna chińska dysproporcja płci

  1. A mnie zastanawia czy owa „polityka jednego dziecka” działa w jakiś sposób na obcokrajowców, na przykład tych mieszkających w Chinach na stałe i tam decydujących się na posiadanie potomstwa. Ot, czy choćby para Europejczyków chcąca założyć rodzinę właśnie w Chinach natrafia na jakieś „ograniczenia”, czy może obcokrajowcy w ogóle nie mają się czym przejmować?

    Lubię to

    • Dla obcokrajowców nie ma żadnych ograniczeń poza finansowymi. Przyzwoita opieka medyczna jest w Chinach dość kosztowna. Koszt porodu w dobrej klinice idzie w dziesiątki, a nawet setki tysięcy juanów, podczas gdy w Polsce wystarczy dopłacić parę stów za położną, znieczulenie i inne przejawy ludzkiego traktowania.

      Lubię to

  2. jeśli chodzi o dysproporcję płci to myślę że szybko to się zmieni. Z moich rozmów z Chińczykami wynika, że aktualnie wolą oni dziewczynki (szczególnie w bogatszych miastach). Głównie dlatego, że kobieta lepiej zaopiekuje się rodzicami na starość.

    Lubię to

  3. Ja mam podobne spostrzeżenia. I to jest szokujące, bo w ten sposób chińska tradycja staje na głowie, a chińskie społeczeństwo staje się podobne do zachodnich społeczeństw. Wszystkie bajania o tym, jakie to Chiny są „odmienne”, „trudne do zrozumienia” i „wyjątkowe” – okazują się funta kłaków warte.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s