Miśczyzna

Jedną z najbardziej pojechanych atrakcji turystycznych, jakie widziałem na Jeju, jest Muzeum Misiów. Miś jaki jest – każdy wie i widzi, ale muzeum zachwyca i niepokoi swym totalizmem. O ile bowiem „umisiowienie” celebrytów czy ikon światowej kultury (np. Mona Lisa) jest jeszcze zabawne, to już przedstawianie poważnych wydarzeń historycznych stanowi rodzaj niepokojącej prowokacji, z jaką zazwyczaj kojarzy się dokonania artystów konceptualistów. Inscenizacja upadku muru berlińskiego czy powrotu Hongkongu do ChRL (ukłon w stronę chińskich turystów) z misiami w rolach głównych kojarzą się nieodparcie ze słynną instalacją Zbigniewa Libery „Lego. Obóz koncentracyjny”, którą dawno temu oglądałem na Zamku Ujazdowskim.

Najmocniejszą sceną tego typu w koreańskim muzuem jest lądowanie w Normandii. Misie alianci wyskakują z amfibii wprost pod zaporowy ogień misiów faszystów, niczym w Szeregowcu Ryanie Spielberga. Idących na rzeź aliantów chciałoby się przytulić, ale czemu nie przytulić misiów Niemców? Wyglądają przecież równie sympatycznie w swoich charakterystycznych hełmach, prowokując natłok pytań: skoro można umisiowić faszyzm, to czemu w muzeum nie ma instalacji np. z wojny koreąńskiej? Dlaczego nie pokazano misiów komunistów w czasie szturmu na Seul w 1950 roku? Czemu nie pokazano krwawej pacyfikacji antyrządowego powstania na wyspie Jeju w 1948 roku? Czemu nie ukazano w formie misiów koreańskich kobiet pocieszycielek z czasów II wojny światowej albo koreańskich robotników w Japonii, których 10 tys. zginęło w wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie?

***

Idąc dalej, docieramy do pytania o samą istotę „misiowatości”. Stephen Jay Gould, jeden z najsłynniejszych ewolucjonistów, zauważył, że wytwory popkultury ewoluują razem z nami. W „Niewczesnym pogrzebie Darwina” Gould zamieścił porównanie różnych wersji Myszki Miki, od przedwojennego „szczurka” po współczesnego „bobasa”. Miki z czasem upodobniał się bowiem do ludzkiego dziecka.

ewolucja myszki miki

Podobną drogę wcześniej przeszły właśnie misie. Zachodnie zabawki były kiedyś po prostu pomniejszonymi obiektami ze świata dorosłych, pozbawionymi infantylnych rysów. Konie, słonie czy niedźwiedzie starano się ukazać w możliwie naturalistyczny sposób. Pod koniec XIX wieku coś się jednak zaczęło zmieniać, a momentem decydującym stała się przygoda prezydenta USA Theodore’a Roosevelta. Po nieudanym polowaniu, przywiązano mu do drzewa niedźwiadka, aby go sobie zastrzelił na pociechę. Roosevelt odmówił, co pewien karykaturzysta skwitował obrazkiem misia o dziecięcych rysach. Na cześć prezydenta przezwano tego ocalonego misia Teddym.

O infantylizacji misiów i innych popkulturowych maskotek zadecydowały preferencje wbudowane w nasz wrodzony system poznawczy. Po prostu wzrusza nas widok obiektów o cechach dziecięcych. Wśród ssaków są one uniwersalne – wielka głowa i czoło, duże, szeroko rozstawione oczy, mały pyszczek, korpusik i łapki. Biznes odkrył, że to się najzwyczajniej w świecie sprzedaje lepiej. Pluszowego misia ulepiła niewidzialna ręka rynku.

W Azji obiekty o takich cechach zewnętrznych określa się terminem kawaii (可爱), rozpowszechnionym przez kulturę japońską.  Jesteśmy skłonni zaopiekować się małym dzieckiem, nawet jeśli nie ma ono naszych genów. W ten sposób działamy dla dobra gatunku, a czasem nawet szerzej, bo nasz czujnik kawaii działa na wszelkie małe ssaki – kotki, pieski, koniki i owieczki. Do jakiegoś stopnia poszukiwanie w świecie obiektów o cechach kawaii zachęca nas również do prokreacji. W życiu ważne są tylko chwile, a nic nie wzrusza człowieka tak, jak widok własnego dziecka.

A co, jeśli nasze łaknienie kawaii zostanie zaspokojone środkami zastępczymi? Współczesna kultura to kultura ersatzu. Mamy glutaminian sodu, dzięki któremu wydaje nam się, że w naszych potrawach jest więcej cennego białka. Mamy setki innych polepszaczy, nadających potrawom bardziej pożądany smak i kolor. Mamy pornografię, która zastępuje seks oraz seriale czy gry komputerowe, które potrafią zastąpić prawdziwe życie.

W Muzeum Misiów doszedłem do wniosku, że w jakiś pokręcony sposób misie czy kotki – na wyspie Jeju jest też oczywiście Muzuem Hello Kitty – zastępują nam dzieci. W Korei Płd. czy Japonii współczynnik urodzeń należy do najniższych na świecie (odpowiednio 1,27 i 1,21 dziecka na kobietę), podobnie zresztą jak w krajach Zachodu, gdzie popkultura w wersji infantylnej jest najbardziej rozwinięta. Młodzi Japończycy – a Japonia to lider kawaii i postępu w Azji zarazem – nie chcą mieć dzieci, ani nawet uprawiać seksu.

Snując się po Muzeum Misiów wmyśliłem sobie własną teorię rozwoju społecznego (proszę ją traktować z przymrużeniem oka). Nazwy faz rozwojowych zapożyczam od Gombrowicza (Trans-Altantyk).

Na początku jest ojczyzna – pełna patosu, hierarchiczna, płodna, ale też bezlitośnie szafująca życiem. Biedna, wielodzietna i wielopokoleniowa, nacechowana przemocą i opresją (kary cielesne).

Po niej następuje synczyzna, czyli okres emancypacji kobiet i dzieci, dekonstrukcji patriarchatu i rozwoju rodziny nuklearnej, negocjacji tożsamości społecznych i seksualnych, czas egalitaryzmu w relacjach międzyludzkich. To także okres aborcji, antykoncepcji i ujarzmienia płodności.

A po synczyźnie przychodzi miśczyzna. To epoka singli i pokolenia Y, czas płynnych tożsamości i kwestionowania wszelkich ról, czas rodzin patchworkowych i rozmaitych „transów”. Epoka inżynierii genetycznej i posthumanizmu. Nic nie nadaje się na symbol tej epoki lepiej, niż niedźwiedź o cechach ludzkiego dziecka.

Co będzie dalej?

34 Niemcy

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s