Niedawno miałem okazję wrócić na wyspę Jeju. O ile za pierwszym pobytem zobaczyłem na niej to, co chcieli mi pokazać Koreańczycy (w trakcie pisania książki), to tym razem miałem na wyspę ogląd chiński, gdyż przyjechałem z zakładową wycieczką z Szanghaju.

Pierwsze zaskoczenie: wyspa Jizhou (济州), jak brzmi jej chińska nazwa, jest niezwykle przyjazna dla turystów z Chin Ludowych. Przydzielono nam miejscowego przewodnika, który mówił w putonghua z lekkim tylko akcentem. W pierwszym hotelu można się było dogadać po chińsku na recepcji, a we wszystkich niemal miejscach turystycznych są napisy w uproszczonych krzakach, a czasem nawet lokalny przewodnik władający mandaryńszczyzną. Program wycieczki również skrojony był na miarę chińskich oczekiwań, łącząc atrakcje, zakupy i posiłki w proporcjach, które odpowiadają oczekiwaniom typowego przybysza zza Wielkiego Muru. A że biedni Chińczycy muszą się zaopatrzyć w wory prezentów, żeby po powrocie obdarować wszystkich powinowatych, zakupów było cokolwiek za wiele.

Pierwszego dnia zawieziono nas do hali, w której autentyczni Tajowie dali pokaz tresury słoni przywiezionych z Tajlandii. Była to atrakcja raczej dla turystów z dziećmi, a ja powoli zacząłem rozumieć skąd się biorą tajlandzkie klimaty w Dalianie. Związki przyczynowo-skutkowe nie mają tu większego sensu, poza jednym – pieniędzmi.

Dlatego ostatniego dnia z grupką desperatów sformowaliśmy grupę ucieczkową i zerwaliśmy się ze smyczy za jedyne 400CNY okupu (tyle liczy sobie chińskie biuro za rezygnację z programu; to wynagrodzenie z tytułu utraconych wypłat od sklepów, do których biuro przywozi turystów). Cel był prosty: wynająć samochód. Z początku nam nie szło, bo z góry upatrzone biura wynajmu  w pobliżu hotelu miały już wszystkie auta wypożyczone/zarezerwowane (w poniedziałek!) i szykowało się, że spędzimy dzień jak niepyszni, na snuciu się po Jeju City. Na szczęście na lotnisku aut nie brakowało i około 11 rano udało nam się wystartować.

Wreszcie mogliśmy się nacieszyć do woli ciszą i przyrodą wyspy. Na najwyższą górę Hallasan (1950 m) nie zdołaliśmy wejść z braku czasu, ale pospacerowaliśmy po lesie na jej zboczu, gdzie pachniało jak w najlepszej perfumerii. Źródła tego pięknego zapachu nie udało mi się zidentyfikować, teoretyzowaliśmy, że to może olejki w drzewach. Zobaczyliśmy przepiękny wodospad Cheojeyeon i koniki, przywiezione kiedyś na wyspę przez Mongołów, pasące się na soczyście zielonych łąkach.

Dzień był pochmurny i duże wrażenie zrobiła na nas droga powrotna, kiedy wjechaliśmy na najwyższy dostępny z samochodu punkt na wyspie (1100 m). Po drodze przebiliśmy się ponad pokrywę chmur i zastaliśmy piękny słoneczny dzień – trochę tak, jak w startującym samolocie. Wyobrażam sobie, że widok ze szczytu Hallasan musiał być tego dnia niesamowity – ocean chmur i wyłaniająca się z niego zielona wyspa.

***

Czekając na samolot powrotny, odnotowałem, że większość lotów międzynarodowych z Jeju to połączenia z ChRL. Na tablicy odlotów trafiają się tak dziwne destynacje, jak Xi’an czy Hohhot! Ale nie ma się co dziwić, Chińczycy stanowią obecnie ponad 60 proc. turystów zagranicznych na Jeju. Między 2000 a 2011 rokiem ich liczba wzrosła 10-krotnie, z 57 tys. do 570 tys. gości rocznie. Dwa lata temu ChRL otworzyła na wyspie swój czwarty w Korei Płd. konsulat. Jest to odwzorowanie szybkiego wzrostu zamożności Chińczyków, ale też efekt rozmyślnej polityki Seulu.

Otóż główną bolączką chińskiego turysty jest wiza – potrzebuje jej niemal wszędzie tam, gdzie warto jechać. Tymczasem na Jeju wiz nie trzeba (o ile Chińczyk nie zamierza się udawać na Półwysep Koreański). To dlatego Koreańczykom opłaca się kokietować chińskich turystów, organizując specjalnie dla nich przewodników, sklepy i atrakcje turystyczne. No i nachalny marketing, bo Chińczyk ma to do siebie, że jak się go posadzi, to będzie słuchał o zaletach miodu z kwiatów herbaty czy proszku z końskich kości (jadały go podobno kobiety na Jeju dla wzmocnienia). A potem chętnie kupi pudełko, żeby podarować mamie albo babci. Kto jak kto, ale Koreańczycy dobrze to wiedzą!

Sprzedaz

Po powrocie do Szanghaju brytyjski kolega przypomniał mi, że Anglicy mają na miejsca takie jak Jeju trafne określenie – tourist trap, czyli pułapka na turystów. Otóż Jeju stało się pułapką jeszcze w latach 60. i 70., kiedy zaczęło się bogacić społeczeństwo południowokoreańskie. Sprawujący w kraju autorytarne rządy prezydent Park Chung-hee nie wypuszczał swoich poddanych za granicę, bo uważał, że stanowią oni najcenniejszy kapitał Korei Płd. – tanią siłę roboczą. Dlatego zdobycie paszportu było równie trudne, jak w Polsce Ludowej, a jako miejsce odpoczynku czy miesięcy miodowych w Korei Południowej promowano właśnie Jeju.

Dziś rząd ChRL nie ma nic przeciwko temu, żeby jego obywatele wyjeżdżali za granicę. Sęk w tym, że przeciwne są inne rządy, które się boją, że w razie zniesienia wiz dla Chińczyków, zostaną zalane przez miliard przybyszów zza Wielkiego Muru. Przykład Jeju pokazuje jednak, że nie ma się czego bać. Wystarczy pobudować sklepy, ściągnąć chińskojęzyczyny personel, słonie, kobiety z brodą i co tam jeszcze, a potem spokojnie liczyć profity.

mapa1

 mapa2

 

Reklamy

2 thoughts on “Powrót na Jizhou

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s