Ostatnio rozsmakowałem się w filmach biograficznych. Konkretnie w działach ukazujących maszynerię ekonomicznego sukcesu i cenę, jaką za ów sukces trzeba zapłacić. Doszedłem do wniosku, że Hollywood jest pod tym względem nie do pobicia. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnego polskiego czy chińskiego filmu, ukazującego w ciekawy sposób autentyczną, biznesową historię, od pomysłu, przez realizację, aż po słodko-gorzki smak laurów. Póki co, Ameryka rządzi wyobraźnią świata i tak pewnie długo jeszcze pozostanie, nawet jeśli Chiny zostaną największą gospodarką globu (co ma nastąpić szybciej, niż się spodziewano; nawet w tym roku!).

Jobs, 2013 reż. Joshua Michael Stern

Produkty Apple są w Azji wszechobecne. Jawią się bardzo user-friendly i stanowią uniwersalną oznakę statusu, szczególnie smartfony. Aby tą oznaką poświecić bliźnim po oczach, ludzie są gotowi wydać ostatnie oszczędności, albo nawet sprzedać nerkę, co też uczynił dwa lata temu pewien młodzian z prowincji z Anhui. Nic zatem dziwnego, że Steve Jobs uchodził za życia za jednego z najpopularniejszych w Chinach Amerykanów. Kiedy zmarł, księgarnie zostały zasypane jego biografiami. Gazety biznesowe, których wychodzi tu zatrzęsienie, wciąż chętnie oddają się rozważaniom „gdzie jest chiński Jobs”?

Film jednak rozczarowuje. Twórcy po prostu nazbyt skupili się na produktach z owocowym logo, zamiast na ludziach. Historia konfliktu Jobsa z kolegami, którzy wysadzili go z dyrektorskiego siodła jest oczywiście ciekawa, ale sposób w jaki ją tu opowiedziano, nudzi i mierzi. Filmowy Jobs ma trudny charakter, ale jest wizjonerem pragnącym uszczęśliwić ludzkość. Mali ludzie rzucają mu kłody pod nogi, aż w końcu przegrywają i muszą mu przyznać rację… Cóż, to jest materiał na godzinny telewizyjny dokument, a nie na pełny metraż.

Zupełnie zmarnowany został wątek relacji Jobsa z córką, którą ów na początku odrzucił. Zostały jakieś ścinki, np. widzimy wrzeszczącego Jobsa, który wyrzuca ciężarną narzeczoną z domu (nieprzyjemna, ale soczysta scena), by po latach niespodziewanie odnaleźć na kanapie w salonie swej rezydencji śpiącą nastolatkę. Skąd się tam wzięła? Co na to stojąca obok nowa żona milionera? Nie wiadomo.

Nie ma też słowa o Piksarze, w którym w swej kategorii (animacja komputerowa) Jobs dokonał rewolucji na miarę komputerów osobistych z okienkowym systemem. Razi schematyczna maniera, z jaką Ashton Kutcher odgrywa przedsiębiorcę, szczególnie sekwencje, w których maszeruje pochylony rozmyślając o swoich pięknych komputerach do wtóru III Koncertu brandenburskiego. Aktorowi nie udało się dotknąć tajemnicy Jobsa, po prostu zagrał sztampowo genialnego nerda.

Jeżeli już jednak jesteśmy przy sztampie, to fajnie wyszła rola Steve’a Wozniaka. O ile Jobs gra Don Kichota, to Wozniak jego Sancho Pansę – jest jowialny i ciapowaty, ale na tyle mądry, by wiedzieć kiedy wziąć nogi za pas. Ubawiłem się sceną, w której opowiada Jobsowi Polish joke (Co to jest: długie, twarde i otrzymuje to polska panna młoda w czasie nocy poślubnej? Nowe nazwisko!). Rzadko się zdarza, że postaci polskiego pochodzenia są w amerykańskich filmach pokazywane w takim świetle, robimy raczej za smutasów. To trzeba docenić!

Z chińskiej perspektywy docenić trzeba początek filmu, kiedy to Jobs nurza się psychodelicznych odlotach i biustach koleżanek z kampusu, by niedługo później rzucić studia w diabły i pogrążyć się w odmętach biznesu. Przemiana z hippisa w przedsiębiorcę/lidera ukazana jest może nieprzekonująco, jednak naświetla też problem: czego brakuje Chinom, aby mogły kiedyś dogonić Amerykę pod względem kreatywności? Chodzi o amerykański model studiów wyższych, w którym młody człowiek ma prawo do błądzenia i do wolności poszukiwań. Między hipisowską psychodelią a wirtualną rzeczywistością nie ma wcale takiej wielkiej różnicy.

The Social Network, 2010, reż. David Fincher

Skoro już jesteśmy przy kulturze studenckiej, to możemy zająć się filmem o Marku Zuckerbergu, pod wieloma względami podobnym do filmu o Jobsie. To dzieło nie trafiło w Chinach do szerokiej dystrybucji jak Jobs, ale nie ma się co dziwić. Do szerokiej dystrybucji nie trafia tu także opus magnum Zuckerberga, czyli Facebook.

W przeciwieństwie do czarującego Jobsa, filmowy Mark Zuckerberg jest tu chłopakiem z problemami. Potrafi być sympatyczny, co zaraz psuje swymi grubiańskimi uwagami. Dlatego na samym początku filmu rzuca go dziewczyna, a on, jak przystało na nerda, odreagowuje stres w internecie, opisując zjadliwie swe rozczarowanie na blogu, a także tworząc stronkę z zdjęciami koleżanek do porównywania (Facemash). Wpędza go to w dalsze kłopoty, ale niezrażony wymyśla nowy sposób, aby podnieść swój towarzyski status. Tak właśnie powstaje Facebook.

Social network dotyka samej istoty kultury studenckiej w Stanach – marnotrawienia czasu, wygłupów, ale też budowania więzi społecznych i kreatywności. No i przede wszystkim wolności i niezależności. Przyjemnie pooglądać, jak student Zuckerberg pyskuje swoim wykładowcom. Gdyby był Chińczykiem pokornie spuściłby głowę, a być może nie miałby nawet szans studiować informatyki, gdyż w chińskim systemie edukacji wyższej przede wszystkim chodzi o to, aby dostać się na elitarny uniwersytet, a nie o to, by podążać za swoim powołaniem. Kiedy Cię przyjmują na Tsinghua, to bierzesz to, co dają, a potem wykonujesz wyuczony zawód – tak jak pewna prawniczka, którą spotkałem kiedyś w pociągu. Trudno ocenić, ile talentu w ten sposób marnotrawione w Chinach, ale warto zauważyć, że np. większość chińskich polonistów po Beiwaiu (jedyny uniwersytet w Chinach, który prowadzi pełne studia polonistyczne) pochodzi właśnie z przypadku. Chińczycy bardzo wiele robią w życiu bo tak trzeba i wypada, a nie dlatego, że po prostu chcą. W skali całego społeczeństwa ma to wielkie zalety (stabilność społeczno-polityczna i świeży dopływ polonistów ^_^ ), ale zarazem hamuje kreatywność.

Film o Facebooku oczywiście nie ukazuje całej prawdy o Zuckerbergu, choćby jego zamiłowania do kultury antycznej (na zebraniach zarządu swej firmy potrafi podobno zadeklamować z pamięci Iliadę albo Eneidę), czy też faktu, że już od dzieciaka przejawiał talent do programowania i uchodził za cudowne dziecko. Ale właśnie być może dzięki tym cięciom reżyser uniknął sztampy. Bohater jest diablo inteligentny, czasem szorstki, dopiero pod koniec filmu przekonujemy się, że to w głębi duszy dobry chłopak. Tworząc firmę skrzywdził kilka osób, co doprowadziło go sporów prawnych, ale ostatecznie potrafi z tych sporów wyjść z twarzą, choć sporo go to kosztowało, nie tylko finansowo. Pomysł, aby opowiedzieć o Zuckerbergu właśnie przez pryzmat tych sporów, jest świetny.

Wilk z Wall Street, 2013, reż. Martin Scorsese.

Takim dobrym chłopakiem jest też Jordan Belfort sportretowany w filmie Martina Scorsese. Jemu też z początku nie wychodzi, bo miał handlować akcjami na Wall Street, a tu się okazało, że przyszedł Czarny Poniedziałek i jego wymarzony pierwszy pracodawca poszedł z torbami. Belfort trafia do jakiejś malutkiej agencyjki z akcjami mikroprzedsiębiorstw, gdzie odkrywa, że ze sprzedaży pogardzanych papierów można wyciągnąć znacznie wyższą prowizję, niż z handlowania akcjami uznanych firm. A że jest urodzonym sprzedawcą, błyskawicznie rozkręca z tego wielki interes. Skrupuły odstawia na bok, bo żeby sprzedawać niewiele warte papiery, musi je zachwalać jako towar pierwszego sortu.

Scorsese zmierzył się w tym filmie z tajemnicą ostatniego kryzysu. Pokazał jak się w Ameryce pracuje, sprzedaje i rozwija biznes na granicy prawa. Pokazał sukces, który wymyka się spod kontroli, przyprawia o gorączkę, wreszcie panikę, by ostatecznie przynieść klęskę. Druga połowa filmu, ukazująca staczanie się głównego bohatera i jego przemianą z króla Midasa w zastraszonego policyjnego kreta, jest przydługa i nieciekawa. Mam wrażenie, że widziałem już z tuzin amerykańskich filmów, które posługują się tym schematem. Szkoda wątku zbankrutowanego i skazanego Belforta, który po wyjściu z więzienia jeździ sobie po całym świecie jako mówca motywacyjny. Ciekawie byłoby się dowiedzieć, jak dziś patrzy na tamte szalone lata? Czy żałuje swoich przek? Wahadełko Martina Scorsese wychyla się bardziej w stronę mitu, niż dokumentu. Szkoda.

Moneyball, 2011, reż Benett Miller

Na koniec zostawiłem film, który podobał mi się najbardziej ze wszystkich tu wymienionych. Jakoś go omijałem, bo rzecz jest o baseballu, który to sport interesuje mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg na Pikie Komunizma. Postanowiłem go jednak obejrzeć przeczytawszy ciepłe słowo w intrygującej książce Big Data. Autorzy podają przykład ukazanej tu historii, jako skuteczne wykorzystanie nowoczesnych narzędzi statystycznych. Współczesny świat gromadzi zyliony bajów danych, z których inteligentny człowiek może wiele wyczytać.

Bohater (Brad Pitt) jest menedżerem klubu bejsbolowego, stojącym przed koniecznością uzupełnienia składu przed nowym sezonem. Gwiazdy odeszły do bogatszej konkurencji, klub nie ma pieniędzy aby znaleźć równorzędnych graczy. Jak rozwiązać tę kwadraturę koła?

Moneyball to bardzo fajna historia menedżerska, z której płynie kilka mądrych rad. Po pierwsze, warto słuchać ludzi i uważnie obserwować, jak podejmują decyzje. Bohater odnajdzie wyjście w sytuacji w osobie pewnego grubego stażysty, doradzającego w innym klubie. Wypytując grubasa, odkryje niesztampowy pomysł na odbudowę drużyny. Sięgnie po zawodników, którzy nie mają dobrego PR, za to świetnie wypadają w statystykach. Genialny plan nie zadziała jednak, póki nie przekona do niego coacha, uparcie ustawiającego graczy wbrew zaletom płynącym z ich statystyk. Aby zmusić trenera do tańczenia w takt nowej muzyki, menedżer pozbędzie się jednej z gwiazd. W ogóle, relacje klub-zawodnik są tu pokazane w dość brutalny sposób, co poczytuję za zaletę tego filmu. Świetne jest też zakończenie, który pokazuje, że szczęście w życiu nie zawsze polega na zawodowym sukcesie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s