Żywa perła

dapaidangKontynnując kulinarne przygody, trafiłem do Nankinu, do lokalu o wdzięcznej nazwie 大牌档 (Dapaidang). Przekroczywszy wrota, obstawione przez kilku przebierańców w tradycyjnych męskich strojach (chałaty do kostek, kamizelki i okrągłe czapki), skandujących na powitanie donośne “欢迎光临” (Huangying guanglin), siadłem sobie na ławie bez oparcia, przy oktagonalnym stoliku. Po chwili pojawiła się kelnerka, wyglądająca jak bohaterka filmu kung-fu z lat 70. A więc: bluzka ze stójką, luźne portki i czarne buciki zapinane na paski, a nade wszystko – dwa długie warkocze z czerwoną tasiemką.

Dapaidang stara się wykreować atmosferę prostoty i starych dobrych czasów. Można w nim zamówić tradycyjne nankińskie dania, z kaczką na słono (盐水鸭) na czele. Ale moją uwagę przykuło coś innego. Coś, o czym dużo słyszałem, a jeszcze nie miałem okazji spróbować, a mianowicie „żywa perła” (活珠子). Ponieważ nie jest to danie dla wegetarian, ani czytelników o słabych nerwach, wspomniane osoby uprasza się o opuszczenie niniejszej strony.

Żywa perła to po prostu ugotowane jajo, tyle że z malutkim pisklęciem w środku. Wygląda to dosyć makabrycznie, ale smakuje po prostu jak kurze jajko. Podają toto z solą i pieprzem. Żółtko – bez zmian. Białko wygląda jakby się skurczyło, jest zadziwiająco twarde i w dotyku w ogóle nie sprężynuje. A nieszczęsne zwierzątko nie ma żadnego smaku. Ot, galaretowata kupka delikatnego mięska, z której nie wykształciły się jeszcze nóżyny, skrzydełka, ni głowa.

Po co w ogóle coś takiego jeść? W Chinach nauczyłem się, że warto wszystkiego spróbować i obstaję przy tym poglądzie, choć nie zostanę  zwolennikiem „żywych pereł”. Niezapłodnione jaja smakują równie dobrze, a mnie po prostu żal zmarnowanego młodego życia, ugotowanego jeszcze przed przyjściem na świat. Kieruję się tu pewnie jakimś zachodnim przesądem, który każe cenić i chronić życie poczęte, choć obiektywnie nie jest przecież ono więcej „warte”, niż życie dorosłe, wyklute i full-fledged, jak mawiają Amerykanie. Może to i przesąd, ale mnie z nim dobrze.

Cóż, podobnymi przesądami kierują się Chińczycy, tyle, że są one skierowane w drugą stronę. Li Shizhen (1518-1593), słynny lekarz i farmaceuta, twierdził w swojej Encyklopedii korzeni i roślni (《本草纲目》), że „żywa perła” leczy bóle głowy i migreny, a ludowa mądrość z Subei (苏北, północna część prowincji Jiangsu) głosi, że jest ona dobra dla tych, co słabują na głowę. W całych Chinach można natomiast usłyszeć, że „żywe perły” – podobnie zresztą jak zupę z jaskółczych gniazd – powinny zjadać kobiety w okresie ciąży, co jest typowym przykładem myślenia magicznego.

jajo

Reklamy

8 thoughts on “Żywa perła

  1. Balut to jest nazwa filipinska. Wietnamczycy cz Khmerzy mają jeszcze inne nazwy, zresztą nazw chinskich też jest więcej, m.in. w zależności od stadium rozwoju pisklęcia. Np. jajo, w którym kurczak ma już pióra, nazywa się 毛蛋.

    Lubię to

  2. Osobiście jadłem tylko tego wersję przepiórczą, jako przystawkę w Wietnamie. Było na tyle przeciętne w smaku i do tego niezbyt apetyczne z wyglądu, że większej wersji pewnie nie spróbuję. Pozdrawiam z Harbinu.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s