Chiny i Polska. Ogarnijmy się!

Dlaczego jest tak mało polskich firm w Chinach? Dlaczego polska prasa tak chętnie i łatwo zbywa Państwo Środka ogólnikami i stereotypami? Dlaczego nie potrafimy w pełni wykorzystać szans, jakie daje światu rozwój chińskiej gospodarki?

Tego rodzaju pytania od lat padają w środowisku sino-specjalistów. Zajmując się Chinami od 15 lat, wielokrotnie miałem okazję się przekonać, iż Polaków mówiących po chińsku, czy też prowadzących z Państwem Środka ożywione interesy, jest znacznie więcej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Ciągle odkrywam rodaków pracujących w Chinach w międzynarodowych koncernach, utrzymujących własny zakład produkcyjny albo oferujących na miejscu usługi translatorskie. Znam śmiałków, którzy prowadzą w Chinach działalność tak zaskakującą, jak produkcja kiełbasy, sprzedaż gofrów, marketing tzw. wirtualnych przedmiotów z gier komputerowych czy wyrób nagrobków. Ale wobec skali interesów, jakie prowadzą w Chinach nasi partnerzy z UE, i tak ciągle jawimy się jako – mówiąc dobitnie językiem polskiej żulii – „małe miki”.

Z oczywistych powodów chcielibyśmy – chciałby niżej podpisany, cały zespół Natematchin.pl i pewnie czytelnicy tego tekstu – aby stosunki polsko-chińskie nabrały większej wagi. Marzyłoby się, żeby nasi politycy i przedsiębiorcy en masse mieli na temat drugiej gospodarki globu więcej do powiedzenia; żeby dostrzegali, iż współczesny świat nie kończy się na Unii Europejskiej, lecz zaczyna w Azji Wschodniej. Zaczyna nie tylko ze względu na linię zmiany daty (dzięki której Azja każdego dnia pierwsza na świecie wstaje z łóżka), lecz także ze względu na rosnącą rolę całego regionu. W powszechnym odczuciu sino-specjalistów, Polska nie jest w Azji Wschodniej zaangażowana w takim stopniu, w jakim pozwalałby na to jej potencjał.

Polski Internet dochował się grupki pociesznych blogerów, którzy szeroko rozpisują się na ten temat i na wyjaśnienie obecnego stanu rzeczy znajdują proste wyjaśnienia. Jeden z uporem godnym lepszej sprawy głosi, że to wszystko spisek Waszyngtonu, a drugi stawia pod pręgierzem „Gazetę Wyborczą”. Sprawa jest oczywiście znacznie bardziej złożona i zasługuje nie na drwinę, lecz na głębszą refleksję. Miną lata zanim nasza obecność w Chinach dorówna – proporcjonalnie do naszych możliwości – obecności niemieckiej czy francuskiej. I nie jest to tylko kwestia dysproporcji pomiędzy PKB Polski i wspomnianych krajów. To przede wszystkim kwestia różnic systemowych, tradycyjnego podejścia przedsiębiorców i urzędników oraz dysproporcji kapitałów – nie tylko finansowego (polska gospodarka małymi i średnimi przedsiębiorstwami stoi), ale też kulturowego i społecznego. A wszystko to znajduje wytłumaczenie w historii.

W przeciwieństwie do Francji, Niemiec czy USA, Polska nigdy nie była mocarstwem kolonialnym. Poza rzadkimi wyjątkami w rodzaju Nowej Kurlandii, Rzeczpospolita nigdy nie rościła sobie pretensji do terytoriów zamorskich. Nie brała też udziału w globalizacji, kiedy ten proces rozpoczął się wraz z epoką odkryć geograficznych i nabrał impetu w XIX wieku – Polski po prostu wtedy nie było. Przeciętny Brytyjczyk może mieć wśród bliżych i dalszych krewnych kupców z Kompanii Wschodnioindyjskiej, piratów z Karaibów albo australijskich zesłańców. Polak pochwali się najwyżej krewniakiem, który przepadł w sowieckim łagrze albo wyjechał za chlebem do USA, gdzie w drugim-trzecim pokoleniu kompletnie się zamerykanizował. Stąd – w moim przekonaniu – bierze się u Polaków niewielkie zainteresowanie sprawami świata, szczególnie odległego, włączając w to Państwo Środka. Taka jest po prostu nasza tradycja: gdzieś tam daleko „Chińczyki trzymają się mocno”, a my idziemy w chocholi tan z naszymi starymi upiorami.

Warto podkreślić, że w stosunkach Polski ze światem pozaeuropejskim brak było sprzężenia zwrotnego. To, co z Polski wyszło, już do niej nie wracało, lecz ginęło gdzieś bez większego  sensu i pożytku – bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, ideach czy ludziach. Ginęło, tak jak Michał Boym ze swoimi pionerskimi pracami na temat chińskiej przyrody, które przypisali sobie plagiatorzy; tak jak Maurycy Beniowski, który po życiu pełnym barwnych przygód i możliwości padł martwy w niepotrzebnym, francuskim konflikcie o Madagaskar; tak jak niejaki Wróblewski, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa (temat wart zbadania!) założył w Harbinie najstarszy chiński browar, o trzy lata wyprzedzając słynny browar Tsingtao w Qingdao; tak jak Witold Urbanowicz, który po odejściu z Dywizjonu 303 pół roku walczył w Chinach z Japończykami, a potem wrócił do Polski i uciekł z PRL, aby ostatecznie osiedlić się w USA i pracować na rzecz tamtejszego przemysłu lotniczego (kiedyś przypominając Urbanowicza zakłóciłem spotkanie wyborcze jednego z czołowych polskich polityków, który palnął, że „Polacy bili się na wszystkich frontach II wojny światowej, za wyjątkiem Dalekiego Wschodu”). Kraje Zachodu pracowały nad swoją obecnością w Chinach przez lata i w miarę systematycznie, choć w XIX wieku nie była to praca godna pochwały. Nam tej systematyczności zawsze brakowało.

Polska, jak śpiewał Jacek Kaczmarski, była Penelopą narodów, która „co utkała, to spruła”, a stosunki polsko-chińskie nie są od tej zasady wyjątkiem. Dobrą ilustracją będą tu dzieje polskiej sinologii. Z oczywistych względów powstała ona dopiero po odzyskaniu niepodległości, a jej początki mogą budzić uśmiech politowania wśród dzisiejszych studentów przedmiotu. W 1925 roku Bogdan Richter opublikował w „Roczniku Orientalistycznym” pionerską rozprawkę o potrzebie polskiej transliteracji języka chińskiego. Z tekstu jasno wynika, iż autor nie miał pojęcia czym są tony (języki chińskie są tzw. językami tonalnymi) i kompromitował się, dociekając, czemu jeden z zachodnich systemów wymienia tyle rodzajów „e”. Ale kilka lat później Richter nadrobił braki, a w 1933 roku otwarto na Uniwersytecie Warszawskim pierwszą katedrę sinologii.

Po wojnie mieśliśmy z Chinami całkiem niespodziewane, długie randez-vous. Polska Rzeczpospolita Ludowa, jako jedno z pierwszych państw na świecie, uznała Chińską Republikę Ludową. Na wyprawy do Chin ruszyli pierwsi studenci, uczeni, politycy, artyści i literaci, wśród których znalazł się m.in. Paweł Jasienica. Pierwsza w historii Chin firma joint-venture to powstałe w 1951 roku Chińsko-Polskie Towarzystwo Okrętowe „Chipolbrok”, które działa do dziś, choć – ironia historii – regularnych połączeń do Polski obecnie nie utrzymuje. W 1956 roku na Międzynarodowych Targach Poznańskich Chińczycy otworzyli wielki pawilon w rodzimym stylu, w którym można było podziwiać chińskie traktory i figurę Przewodniczącego Mao. Ten miesiąc miodowy skończył się stopniowo po 1960 roku, po rozłamie chińsko-radzieckim. Wycieczki do Chin urwały się, a polscy sinolodzy wrócili do badań Chin na sucho (czyli za pomocą książek, tablicy i kredy).

Dzięki ludziom wykształconym przed wojną i w latach 50., polska dyplomacja utrzymała dobre stosunki z Chinami  w kolejnych, burzliwych dekadach, a w latach 80. nastąpiło ponowne ożywienie. Chińsko-amerykańskie rozmowy ambasadorów, które wraz ze słynną dyplomacją ping-pongową doprowadziły z czasem do wizyty prezydenta Nixona w Chinach, odbywały się w Pałacu Myśliwieckim w warszawskich Łazienkach. Gospodarczo też byliśmy w Chinach obecni, starsi mieszkańcy Pekinu i Szanghaju pamiętają polskie maluchy, polonezy czy nawet autosany, które w swoim czasie były za Wielkim Murem ostatnim krzykiem techniki. Kiedy Chiny otworzyły się na świat, Polska nie musiała zaczynać od zera. Ale potem przyszedł 1989 rok i historia znów dała znać o sobie.

Od zarania III RP mamy z Chinami problem. Z jednej strony uważamy się za demokratycznego prymusa i patrzymy na Chiny z wyższością ludzi, którzy zasmakowali „końca historii”; uważamy, że ta właśnie historia zobowiązuje do przekazania naszych doświadczeń i niesienia prometejskiego ognia demokracji. Z drugiej strony, mniej więcej w okolicach Expo w Szanghaju w 2010 roku, zauważyliśmy wreszcie, że Chiny rozwinęły się gospodarczo, na czym korzystają wszystkie największe gospodarki świata. I uważamy, że my też powinniśmy na tym skorzystać, bo skoro globalny prąd płynie na Wschód, to nie ma sensu mu się przeciwstawiać. Tak więc miotamy się wciąż pomiędzy interesem, a obowiązkiem; pomiędzy dumą (i poczuciem wyższości, że nam się udało zdemokratyzować, a Chinom nie) a wstydem (że nie udaje nam się tyle co im na niwie gospodarki). Z tego rozdarcia wyłania się dość infantylna dyskusja, która na chwilę odżyła na nowo w polskich mediach z okazji przyjazdu do Chin delegacji sejmowej.

W tej dyskusji wszyscy mają rację. I ci, którzy mówią, że należy skupić się na biznesie; i ci, którzy twierdzą, że historia zobowiązuje. Jest to fałszywy spór, który chętnie rozniecają media, bo emocje są chodliwym towarem. Ale nic tak naprawdę z niego nie wyniknie, gdyż wszyscy odgrywają tu dawno napisane role. Gesty zazwyczaj nie mają wpływu na bieg wydarzeń, choć post factum człowiek – istota uwielbiająca wszelkie narracje – przypisuje im ogromne znaczenie. Dla polityka gest to takie samo narzędzie jak umowa gospodarcza. Tak naprawdę liczy się cel, plan i codzienna konsekwentna praca. Jak mawiał klasyk, „nigdy nie jesteś równie daleko od celu, jak wtedy, kiedy nie wiesz dokąd zmierzasz”. Z przyczyn historycznych polską bolączką pozostaje brak konsekwencji i długofalowej strategii, nie tylko wobec Chin. Niemieccy decydenci wiedzą mniej więcej, jakie sektory będą podstawą niemieckiej gospodarki za 20-30 lat i już do tego kraj oraz społeczeństwo przygotowują. Dla przykładu, polska gospodarka przez lata opierała i nadal opiera się na węglu. Ale kto wie, co będzie za 20-30 lat?

W ciągu ostatnich kilku lat okazało się niespodziewanie, że Chiny uznały nas za strategicznego partnera, co stwarza – jak każda zmiana – szanse i zagrożenia. Niestety, jakoś nie widać, by debata na ten temat toczyła się w polskiej przestrzeni publicznej. Dlaczego nie debatujemy o sprawach, które nie wywołują tyle emocji, ale maja naprawdę realne przełożenie na naszą sytuację gospodarczą? Na przykład o skuteczności chińskiej strategii PAIiIZ, odkąd agencja otworzyła w Chinach swoje jedyne biuro zagraniczne. Dzięki działaniom PAIiIZ, w Polsce zainwestowało już całkiem sporo chińskich przedsiębiorstw, ale jakoś nie zauważyłem, żeby polskie media rozpisywały się o tym, kim są ci chińscy biznesmeni, co sobą reprezentują i jak osiągnęli sukces. A są to przecież historie i ciekawe, i pouczające.

Dlaczego nie rozmawiamy o szansach i barierach, jakie stoją w Chinach przed produktami żywnościowymi z Polski? Przecież sukces tego eksportu (innych potencjalnych hitów eksportowych mamy w zasadzie niewiele) stworzyłby ogromne możliwości dla polskiego rolnictwa. Dlaczego nie rozmawiamy o polskim planie ściągania do Polski chińskich studentów, który jak na razie odnotował dość umiarkowane sukcesy? Dlaczego nie mówimy o tym, że niemal połowa naszego eksportu do Chin to jeden surowiec, co plasuje nas w jednej lidze z państwami najsłabiej rozwiniętymi?

Takich tematów jest znacznie więcej. Nie pojawiają się, bo polscy dziennikarze i redaktorzy – nie ze swojej winy, tu znów kłania się historia – na ogół Chin nie znają. Co drugi artykuł o wizycie czy wyjeździe Polaków do Chin zawiera w tytule słowo „podbój”, choć na razie to chińskie firmy przejmują polskie, a nie na odwrót. Paradoksalnie, polscy redaktorzy uważają, że czytelnicy nie interesują się Chinami, bo tak przecież wynika z badań fokusowych. W efekcie Chiny przychodzą do nas same, a kiedy już przyjdą, przecieramy oczy ze zdumienia. Tak jak mój były szef w dziale zagranicznym jednego z ogólnopolskich dzienników, który tuż przed Olimpiadą w Pekinie powtarzał, że o Chinach nie ma sensu pisać, bo nikogo one nie obchodzą. Kiedy obaj zakończliśmy pracę w owej redakcji, szef trafił do lokalnego tygodnika na południu Polski, gdzie znajduje się jeden z większych w kraju… chiński bazar. I teraz, chcąc nie chcąc, sam musi się zajmować tym, co mi szczerze odradzał.

Wracając do trzech pytań postawionych na początku: jest jak jest, bo mamy takie, a nie inne, doświadczenia historyczne. Mamy takie, a nie inne, realia. I swoje własne złudzenia. Mamy tradycyjne zamiłowanie do improwizacji, za sprawą którego nasze delegacje niepotrzebnie giną w katastrofach lotniczych albo natykają się na budzące kontrowersje daty (za sprawą których wymaga się od nich realizacji mission impossible). Dopóki – mówiąc kolokwialnie – nie ogarniemy się i nie wytyczymy sobie długofalowych celów (włączenie chińskich firm w proces prywatyzacji w Polsce albo dopuszczenie ich do przetargów na terenie kraju z pewnością takim celem nie jest), polskich firm będzie w Chinach niewiele, a Chiny, Indie czy Afryka pozostaną egzotyczną bajką, a nie przestrzenią, w której można śmiało i konsekwentnie realizować polskie interesy. Dopóki tak pozostanie, będziemy leniwie sunąć po mętnych wodach tak zwanej „Europy drugiej prędkości”, a zwykli Chińczycy będą się szczerze dziwić, że Polska to kraj kilkukrotnie większy od Belgii czy Holandii…

Ogarnijmy się.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Natematchin.pl.

Reklamy

3 thoughts on “Chiny i Polska. Ogarnijmy się!

    • E, tam. Nie dotrą nigdy, bo szeroka publiczność woli wąskie tematy. Poza tym nie wierzę, że samo pisanie może zmienić cokolwiek, poza załataniem dziury jezdni itp. Ale króliczka warto gonić, więc dzięki za dobre słowo.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s