berdaszDawno temu, kiedy faszystowskie Niemcy szykowały się do napaści na sanacyjną Polskę, amerykański antropolog Alfred Kroeber próbował zainteresować kolegów po fachu problemem homoseksualizmu wśród amerykańskich Indian. A w zasadzie to nie chodziło o sam homoseksualizm, lecz o transwestytyzm i jego kulturowe umocowanie.

Etnografowie dawno temu zauważyli, że wśród Indian występują przebierańcy w szatach squaw, cieszący się  estymą u swoich pobratymców. Wśród Bladych Twarzy takich delikwentów długo uważano za temat niegodny naukowych badań, był to raczej jeden z wielu dowodów na „dzikość” autochtonów. Homoseksualizm nie mieścił się wówczas w mainstreamie; naukowe salony zostały dopiero co zszokowane doniesieniami Bronisława Malinowskiego, który Argonautach Zachodniego Pacyfiku opisał rozwiązłe swawole Kiriwińczyków z Kiriwinkami (czyli Triobrandczyków z Triobrandkami), więc gdzie tu dyskutować o indiańskich transwestytach?

Nazwa berdache, którą nadali indiańskim transom francuscy koloniści w Kanadzie była zapożyczeniem z arabskiego. Źródłosłów oznaczał pierwotnie „brańca”, ale w językach romańskich skojarzono to ze stroną pasywną w związku homo. Nie było to rzecz jasna określenie nacechowane pozytywnie. W ówczesnej Ameryce homoseksualizm stanowił temat równie niewdzięczny, co równość ras (Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne skreśliło go z listy chorób dopiero w 1973 roku). Mimo to Kroeber podjął temat, wpływając na swoją córkę, Ursulę K. Le Guin, która została pisarką. W 1969 roku opublikowała ona swoją pierwszą słynną – i jedną z moich ulubionych – książkę, Lewą rękę ciemności.

***

Lewa ręka ciemności to antropologiczno-fantastyczna wyprawa w świat bez określonej płci. Kroeberówna wymyśliła sobie planetę (w odległej przyszłości, w odległej galaktyce itd.), na której ludzie przez większą część roku są bezpłciowi, za to w okresie godowym wyrastają im odpowiednie organy. Taki kosmita raz może być kobietą, raz mężczyzną. Za cenniejszą jest uważana pierwsza przemiana, a obojnacza rasa jest oczywiście martrylinearna – tak jak Triobrandczycy i starożytni Chińczycy.

Przez długi czas kojarzyłem pisarstwo Le Guin z taoizmem, o którym pierwszy raz w życiu przeczytałem w „Małej Fantastyce” (dawno temu, kiedy jeszcze nie było Internetu, a rozmowę międzymiastową  zamawiało się na centrali…). Płciowa równowaga, w której żyją bohaterowie Lewej ręki ciemności stanowi ucieleśnienie taoistycznej koncepcji taiji, czy też wręcz wuji. Sam tytuł książki nawiązuje do taijitu, czyli diagramu taiji, na którym yin i yang przenikają się i uzupełniają (i dlatego światło jest lewą ręką ciemności). W ogóle temat równowagi wraca u Le Guin jak bumerang: strasznie podoba mi się opis magii w Czarnoksiężniku z Archipelagu. Dziś wiem, że jest on owocem nie tylko fascynacji taoistyczną filozofią, ale i rzetelnej wiedzy antropologicznej.

***

Sam Czarnoksiężnik z Archipelagu – jestem o tym przekonany, choć dowodów nie mam, sorry Winnetou – narodził się w głowie pani Le Guin po przeczytaniu książki Lin Yutanga My country and My People (1935). W Polsce pozostaje ona nieznana, podobnie zresztą jak autor, natomiast w USA Lin uchodził przez lata z główny autorytet w sprawach chińskich, a nawet za kandydata do literackiego Nobla.

We wspomnianej książce przytacza on urokliwą historię niesamowitą o rozdzielonych kochankach.Tekst – według Lina opisujący być może autentyczne wydarzenie (LOL) – pochodzi z okresu dynastii Tang i został przetłumaczony na angielski przez prof. Herberta Gilesa (tak, chodzi o faceta, który poprawił system transkrypcyjny Tomasza Wade’a). Autorem pierwszej wersji jest niejaki Chen Xuanyou (陈玄祐, zm. 779 r.). Najczęściej spotykany tytuł to lihunji (《离魂记》)czyli „historia o uciekającej duszy” (tangowski oryginał z tłumaczeniem na współczesną chińszczyznę jest m.in. tutaj).

Otóż chłopak i dziewczyna wychowali się razem, bo ojciec dziewczyny obiecał jej rękę swojemu kuzynowi. Obietnicy jednak nie dotrzymał, więc chłopak się załamał. Urażony, postanowił odejść, aby uniknąć widoku ukochanej w ramionach innego. Odpłynął łodzią, ale pierwszej nocy żeglugi został zbudzony przez podejrzany hałas. Na pokład zakradła się bowiem jego dziewczyna, która uciekła do rodziców i podążyła za nim.

Mijają lata, oblubieniec zostaje bogatym kupcem, a oblubienica rodzi mu dwóch synów. Pewnego razu oboje postanawiają odwiedzić rodziców dziewczyny i zdobyć ich błogosławieństwo. Po przypłynięciu do miasta, kobieta decyduje się pozostać w porcie i prosi męża, by najpierw poszedł do jej ojca i ocenił, czy ten jest gotów na pojednawczą wizytę. Mąż idzie więc do domu teściów i odkrywa… że jego żona tam jest. – Zapadła w śpiączkę po twej ucieczce. I choć minęły lata, wciąż nie odzyskała przytomności – tłumaczą mu teściowie, pokazując bezwładne ciało na łożu.

Przerażony mąż wraca do portu, żeby sprawdzić co się dzieje z jego żoną. Tymczasem uśpiona kobieta niespodziewanie się budzi i rusza jego tropem. W porcie obie delikwentki, ta co uciekła, i ta co została, stają naprzeciw siebie. I tu historia kończy się dokładnie tak, jak Czarnoksiężnik z Archipelagu, czyli: dwie rozdzielone „dusze” łączą się w jedno. W chińskim opowiadaniu powstaje z tego połączenia jedna dziewczyna, na której wiszą dwa komplety ubrań.

Tak na marginesie: współcześni berdasze każą się nazywać two-spirit people.

 

Reklamy

One thought on “Indianie, kosmici i taoiści

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s