舍利子Księga Rodzaju powiada: „Z prochu powstałeś, w proch się obrócsz”. Ale to nie do końca prawda, bo niektórzy obracają się w perły.

Se-li-cy, se-li-cy – seplenił stary mnich. Szeroko otwierał przy tym usta, obnażając swe ostatnie trzy zęby, pożółkłe niczym stary papier. Mówiąc, wskazywał  na pobliską pagodę. A ja kompletnie nie miałem pojęcia o co mu chodzi.

Człowiek, który mnie do niego przywiózł, odziany w skórę posiadacz tuk-tuka, podjął się roli tłumacza i przekładał sepleniący dialekt mnicha na putonghua. Ale nawet on nie był w stanie wytłumaczyć bladej twarzy co to jest „selicy”. Na moją prośbę zapisał tajemniczy termin znakami, choć starsznie się przy tym nagłowił. – Chyba tak to się pisze – powiedział przepraszająco, podając mi kartkę wyrwaną z zeszytu. Dzięki niemu dowiedziałem się, że „selicy” to „shelizi”.

Kiedy odeszliśmy, aby obejrzeć teren dookoła Pagody Narodzenia Pańskiego, mnich rozpalił  małe ognisko i zaczął w nie ciskać bianpao. Poczułem się wtedy jak najprawdziwszy zamorski diabeł, którego trzeba odpędzić przy pomocy ognia i huku. Do dziś nie potrafię znaleźć innej przyczyny dla kanonady szerbatego bonzy, niż próba oddegnania bladoskórego stwora, czyli mnie.

Po powrocie do Pekinu siadłem do komputera i zaraz krzyknąłem „eureka!”, bo identyfikując „shelizi” (舍利子) nauczyłem się czegoś szalenie interesującego o buddyjskich relikwiach. W jednej chwili zrozumiałem, czemu w wielu świątyniach – choćby w Szaolinie – stawia się niewielkie pagody-grobowce, które wierni otaczają wielką czcią.

Kilka miesięcy później obejrzałem pewną dalekowschodnią mutację Indiany Jonesa (The Touch), w której bohaterowie przez pół filmu uganiali się za shelizi należącym do Bodhidarmy. Spróbowałem sobie wyborazić, jakie wrażenie zrobiłby nam mnie Indiana Jones, gdybym był Chińczykiem i w życiu nie słyszał o Arce Przymierza albo Świętym Graalu. Zrozumiałbym cokolwiek z takiego filmu?

Pod wpływem chrześcijaństwa Europa zrezygnowała z kremacji. Na Bliskim Wschodzie – gdzie drewna brakło – najpraktyczniejszą formą pochówku było grzebanie zwłok. Tak robili Egpicjanie, tak robili Żydzi. W ten sposób Zachód stracił szansę na to, by się zachwycić perłami z ludzi. Bo tym są właśnie shelizi, a w zasadzie to sheli (zi przyplątało się tu jak i do wielu innych chińskich rzeczowników), co wywodzi się od sanskryckiego śarira. Japończycy mówią shari, Koreańczycy – sari, a Wietnamczycy – xálợi. A Tybetańczycy – ringsel.

W czasie kremacji, jeśli temperatura jest odpowiednio wysoka, materia zwłok wytapia się i formuje kulki. Jak podaje chińska Wikipedia, białe perły powstają z kości, czarne z włosów, a czerwone – z mięsa. W buddyzmie shelizi stanowią jedne z najpotężniejszych relikwi. Kiedy skremowany zostanie jakiś świątobliwy mąż, mnisi przeczesują popioły szukając świętych kuleczek. Potem umieszczają je relikwiarzach, specjalnych świątyniach, a nawet wyrabiają z nich amulety.

Wbrew propagandzie niektórych polskich wyznawców, buddyzm nie jest jakąś wyjątkową religią, bardziej filozofią, niż wiarą. Otóż przekonanie o potęgędze shelizi upodabnia go do katolicyzmu, w którym zapobiegliwi kardynałowie przechowują krew utoczoną domniemanym świętym. Nie mam pojęcia, czy buddyści handlowali tego rodzaju relikwiami, ale znając naturę ludzką, dedukuję, że handlowali. Jestem przekonany, że po śmierci XIV Dalajlamy mnisi odnajdą należące do niego shelizi, tak jak kardynał Dziwisz „wyprodukował” pamiątki po Janie Pawle II.

***

A czemu przypomniałem sobie o tym dopiero teraz? Bo przeczytałem bardzo fajny kryminał Konrada T. Lewandowskiego pt. „Elektryczne perły”. Okazuje się, że shelizi powstają nie tylko przy paleniu ciała ogniem. Odpowiednio silne porażenie prądem, kończące się oczywiście zejściem delikwenta, może również doprowadzić do ich powstania. Tyle, że nikt nie traktuje takich „elektrycznych pereł” z namaszczeniem, stanowią one jedynie ciekawostkę z podręczników medycyny sądowej.

W powieści perły z kości (wołowej czy wieprzowej) miał wytapiać Stanisław Przybyszewski, uatrakcyjniając swoje skandalizujące występy w Krakowie. Kilka lat po jego śmierci ktoś zaczyna przysyłać krewnym i znajomym Przybyszewskiego perły z człowieka.

Miałem mnóstwo frajdy śledząc poczynania komisarza Drwęckiego, który usiłuje ustalić sprawcę. Ciekawe, że młodopolanie – do których zaliczał się Przybyszewski – fascynowali się Dalekim Wschodem. Tyle, że wschodnią duchowość kojarzyli raczej z narkotyczną ekstazą, niż z pokornym ćwiczeniem się w Pustce. Jedną z zabawniejszych pamiątek po tym okresie jest Tetmajerowski hymn do nirwany, który buddyjskiego ideału pasuje jak pięść do nosa:

Oto mi ludzka podłość kałem w źrenice bryzga, Nirwano!
Oto się w złości ludzkiej błocie ma stopa ślizga, Nirwano!
Oto mię wstręt przepełnił, ohyda mię zadusza, Nirwano!
I w bólach konwulsyjnych tarza się moja dusza, Nirwano!

Poznałem w życiu kilku buddyjskich duchownych. Żaden z nich nie przejawiał tego rodzaju zblazowania, któremu dał wyraz Tetmajer. Ba, to byli i są niezwykle pogodni ludzie, tryskający humorem. Ale im się nie dziwię. Też bym się cieszył, gdybym miał pewność, że po śmierci zamienię się nie w proch, lecz w perły.

Reklamy

2 thoughts on “Perły z ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s