Perły z ludzi

舍利子Księga Rodzaju powiada: „Z prochu powstałeś, w proch się obrócsz”. Ale to nie do końca prawda, bo niektórzy obracają się w perły.

Se-li-cy, se-li-cy – seplenił stary mnich. Szeroko otwierał przy tym usta, obnażając swe ostatnie trzy zęby, pożółkłe niczym stary papier. Mówiąc, wskazywał  na pobliską pagodę. A ja kompletnie nie miałem pojęcia o co mu chodzi.

Człowiek, który mnie do niego przywiózł, odziany w skórę posiadacz tuk-tuka, podjął się roli tłumacza i przekładał sepleniący dialekt mnicha na putonghua. Ale nawet on nie był w stanie wytłumaczyć bladej twarzy co to jest „selicy”. Na moją prośbę zapisał tajemniczy termin znakami, choć starsznie się przy tym nagłowił. – Chyba tak to się pisze – powiedział przepraszająco, podając mi kartkę wyrwaną z zeszytu. Dzięki niemu dowiedziałem się, że „selicy” to „shelizi”.

Kiedy odeszliśmy, aby obejrzeć teren dookoła Pagody Narodzenia Pańskiego, mnich rozpalił  małe ognisko i zaczął w nie ciskać bianpao. Poczułem się wtedy jak najprawdziwszy zamorski diabeł, którego trzeba odpędzić przy pomocy ognia i huku. Do dziś nie potrafię znaleźć innej przyczyny dla kanonady szerbatego bonzy, niż próba oddegnania bladoskórego stwora, czyli mnie.

Czytaj dalej

Reklamy