Dziady

Jedni zazdroszczą Chińczykom prężnej gospodarki, inni wspaniałej kultury. Tymczasem ja im zazdroszczę korzeni, a w zasadzie nie tyle samych korzeni, co pamięci o nich.

Nie wyglądam na Chinkę, ale się za nią uważam – tłumaczyła mi amerykańska pisarka Lisa See, kiedy kilka lat temu rozmawiałem z nią o książce „Kwiat śniegu i sekretny wachlarz”. Faktycznie – pani See wyglądała na typową mieszkankę Zachodu, prędzej na Polkę czy Rosjankę, niż na Chinkę. Widząc moją zdziwoną minę, wyjaśniła: –  Wychowałam się w chinatown w L.A., gdzie od dziecka nasiąkłam chińską kulturą.
Postanowiłem zabić jej klina: – A gdzie jest pani jiguan?
– Pod Kantonem – odparła bez wahania.
Pokiwałem głową.
Chińczycy odróżniają dwa miejsca pochodzenia. W jednym po prostu się urodzili, drugie – to dom ich przodków, czyli właśnie jiguan (籍贯). Lisa See nie wygląda na Chinkę, w dodatku jej rodzina od kilku pokoleń mieszka w Stanach. Wie jednak, skąd wywodzi się jej ród i potrafi wskazać kolejno swoich przodków. Ta wiedza czyni ją częścią całości, która wykracza daleko poza Wielki Mur.

Chińskie rody, szczególnie na południu, to prężne i wielkie struktury społeczne. Niektóre mają przy tym bardzo długą historię, sięgającą setki, a nawet tysiące lat wstecz. Genealogia zachodnich arystokratów z chińską równać się w żadnym razie nie może. Najlepszym przykładem jest ród Kong, który bierze swój początek od Konfucjusza, najsłynniejszego chińskiego filozofa. Dokładna genealogia Kongów sięga V w. p.n.e., kiedy to  nauczał Kong Qiu (czyli Konfucjusz właśnie).
Dziś po świecie chodzi 75. (i dalsze) pokolenie jego potomków. Co 60 lat Kongowie liczą swoje szeregi. Ostatnie liczenie zakończyło się rok temu, kiedy to w świątyni w Qufu – jiguanie Kongów – ogłoszono najnowszą edycję ksiąg rodowych. Doliczono się ok. 2 mln potomków, a całą historię rodu zebrano na 43 tys. stron.

Ba, wielką rolę rodu uznają teraz… komunistyczne władze ChRL,a Kongowie odzyskują dawny splendor. W przededniu premiery filmu „Konfucjusz” odgrywający tytułową rolę Chow Yun-fat wykonał koutou przed posągiem Mistrza, przed widownią i… przed 93-letnią panią Kong, która jest w prostej linii potomkinią filozofa.

Zamiłowanie do genealogii na Dalekim Wschodzie nie ogranicza się bynajmniej do Chińczyków. Podobnie postępują Koreańczycy, Japończycy i Wietnamczycy, także ci „nasi”, tutaj w Polsce. Niedawno spotkałem się ze starą znajomą z uniwerku, która w Polsce się wychowała i skończyła studia. Mimo to, nie do końca uważa się za Polkę. Wie dokładnie, skąd pochodzi jej rodzina w Wietnamie, a także że ileś wieków temu jej przodek był chińskim mandarynem…

Kiedy to wszystko sobie przypominam i odnoszę do naszego „Święta Zmarłych” to robi się smutno. Polacy to naród wykorzeniony. Mało kto potrafi wskazać swoich przodków dalej, niż do pięciu pokoleń wstecz. Smutno wypadają również nasze obrzędy. Niby są trochę katolickie („Wszystkich Świętych”), ale tradycja palenia lampek i pełen powagi nastrój to pamiątka po słowiańskich Dziadach. Nasi przodkowie palili ogniska na rozstajach, by wskazać drogę wędrującym duszom. Z tego samego powodu palenie ognia w domowym piecu było tego dnia zakazane, podobnie jak wylewanie pomyj przez okno (co by nie urazić jakiegoś ducha szwendającego się przy chałupie). Wskazana była natomiast ofiara z żywności – żertwa tudzież obiata.

Dziady wykazują wielke podobieństwo do dalekowschodnich obrzędów. Udając się na wiosnę w „święto zmarłych” (Dziady też obchodzono kiedyś na wiosnę) na grób zmarłego, Chińczycy również raczą go żywnością. Czasami taka ofiara czeka na niego nonstop przez cały rok w domowym ołtarzyku.

W obchodzone  latem „święto duchów” zmarli odwiedzają ziemię i Chińczycy – podobnie jak niegdyś Słowianie – wskazują im drogę przy pomocy latarń. Wystawiają dla duchów „żertwę” i pamiętają również o duszach osierconych, które są złe i smutne, bo nie mają żywych potomków, którzy mogliby się o nie zatroszczyć.

Aby zmarłych rozweselić, w Singapurze, Hongkongu czy na Tajwanie odgrywa się nawet specjalne przedstawienia teatralne (to tradycja południowa), które przywodzą na myśl ceremonię odprawianą przez guślarza w „Dziadach” Adama Mickiewicza.

Chociaż rydzykiści i im podobni próbują oswajać wieszcza wmawianym mu cytatem („tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem (…)”), Mickiewicz zachwycał się pogańską tradycją i ją na swój sposób utrwalał. Inaczej nie opisałby konspiracyjnej ceremonii, w czasie której grupka ludzi próbuje ulżyć cierpiącym duszom, uzurpując sobie przywilej zarezerwowany w chrześcijaństwie dla Pana Boga:

GUŚLARZ
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Z czujnym słuchem, z bacznym okiem
Spieszmy się w tajnym obrzędzie,
Z cichym pieniem, wolnym krokiem;
Wszak nie nucim po kolędzie,
Nucimy piosnkę żałoby;
Nie do dworu z nowym rokiem,-
Ze łzami idziem na groby.

CHÓR
Póki ciemno, głucho wszędzie,
Spieszmy się w tajnym obrzędzie.

GUŚLARZ
Spieszmy cicho i powoli,
Poza cerkwią, poza dworem,
Bo ksiądz gusłów nie dozwoli,
Pan się zbudzi nocnym chorem.
Zmarli tylko wedle woli
Spieszą, gdzie ich guślarz woła;
Żywi są na pańskiej roli,
Cmentarz pod władzą kościoła.

Reklamy

16 thoughts on “Dziady

  1. @Melaroza

    Tego jeszcze nie czytałem. „Kwiat śniegu” wydał mi się interesujący, bo opisuje tzw. nushu – pismo kobiet.

    @Jarek
    Ale ona podała konkretną miejscowość w GD. W tej jej „chińskości” pewnie jest trochę lansu, ale powieść, którą czytałem, była naprawdę porządnie odrobiona.

    Polubienie

  2. W Wietnamie jest podobnie z 籍贯, wietnamscy znajomi bardzo się dziwili, że nie mamy w dowodzie osobistym wpisanej miejscowości rodzinnej :). W pewnej wsi całą wewnętrzną ścianę domu zajmowało drzewo genealogiczne na o ile pamiętam 15 pokoleń. A propos „Kwiatu śniegu”, szukam jakiejś powieści czy zbioru opowiadań pokazujących współczesne Chiny, najlepiej napisanego przez chińskiego autora. Coś w rodzaju Białego Tygrysa Aravinda Adigi

    Polubienie

  3. Polecam „Krainę wódki” Mo Yana. To powieść, która w alegoryczny sposób najlepiej chyba opisuje mętną rzeczywistość ideologiczną ChRL. I w dodatku jest napisana przez członka KPCh i wykładowcę literatury w akademii Chińskiej Republiki Ludowej (!). Uwaga: najpierw trzeba koniecznie przeczytać „Dziennik obłąkanego” Lu Xuna.

    Literaturę nieupolitycznioną można znaleźć w antologii opowiadań „Węzły duszy”.

    No i są jeszcze „chińskie Masłowskie”, które ostatnio potłumaczono na nasze – Mian Mian i Wei Hui.

    Polubienie

  4. Nasze „święto zmarłych” należy do naszej kultury i nie ma się czego wstydzić. Na ukształtowanie się tej tradycji miało wpływ chrześcijaństwo ale bynajmniej nie było ono w stanie narzucić ostatecznie swojej formy. Zresztą, nawet katolicyzm nie jest tu jasno określoną siłą kształtującą, która miałaby określony zwrot i kierunek! Proszę posłuchać co ma do powiedzenia w tych dniach ksiądz na prowincji: memento mori! Módl się człowieku i drżyj. W większym mieście będzie to raczej próba przypomnienia, że obchodzimy wszystkich świętych a nie święto zmarłych i ze o ile o śmierci trzeba pamiętać, to dla chrześcijanina nie jest ona smutnym końcem, tylko przejściem.
    „Święto zmarłych” to moim zdaniem piękna i „pożyteczna” tradycja. Większość mojej rodziny spoczywa na wiejskich cmentarzach i mój pogląd bierze się z obserwacji tego, co tam się dzieje. Nad grobami bliskich spotykają się rodziny, czasem jest to jedyna okazja w roku, żeby kogoś zobaczyć i zamienić parę słów. Siłą rzeczy, ta wymiana myśli dotyczy spraw żywych – że się dziecko narodziło, że wuj Edek na emeryturę przeszedł. Być może nawet wbrew intencjom wiejskiego proboszcza, nie jest to spotkanie smutne, o ile oczywiście nie stoimy nad grobem bliskiej osoby, która odeszła zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Na cmentarz przyprowadzane są również dzieci i dla nich jest to okazja, żeby dowiedzieć się co nieco o przodkach i … oswoić się trochę ze śmiercią. Oczywiście, chińczyki trzymają się w tym temacie mocniej ale my naprawdę nie musimy się naszego święta wstydzić.

    Polubienie

  5. @Iskariota
    „Święto zmarłych” to peerelowski wymysł, dlatego nazwę tę podaję w cudzysłowie. Poganie, a później chrześcijanie czcili nie tyle „zmarłych”, co nieśmiertelne dusze.
    Proszę również zwrócić uwagę, że w polskiej tradycji o zmarłych pamięta się, o ile istnieje grób, na który mozna przyjść. Cmentarze zapełniają się i stare groby są likwidowane, a wraz z nimi – pamięć. W Azji jest inaczej – zmarli są obok, na domowym cmentarzyku, albo na w grobie na własnym polu, na ojcowiznie. Jeżdżąc niedawno po Korei Płd. naoglądałem się takich prywatnych cmentarzy na wzgórkach.
    Jak sądzę, tak bliska więź ze zmarłymi spaja rody i daje ludziom poczucie tożsamości, którego tak brakuje w Polsce.

    Moim zdaniem, główny problem Polski to spór tożsamościowy pomiędzy „Zapadnikami (Europejczykami)” a „narodowymi katolikami”, który przekłada się na kulturę, politykę i pewnym stopniu także na konflikt pokoleniowy. Proszę zwrócić uwagę, że obie tożsamości są stosunkowo nowe. „Narodowy katolicyzm” to pokłosie XVIII-wiecznej kontrreformacji i późniejszej walki niepodległościowej, podkolorowanej romantycznym mesjanizmem. Z kolei „Europejczycy” niby odwołują się do sarmackiej tolerancji, ale tak naprawdę uformowali się po 1989 roku.

    Przykładowo, Polacy w USA są słabą mniejszością, ustępującą Irlandczykom czy Włochom, niezdolną do przekucia swej liczebności na wpływy polityczne. I to się bierze właśnie z naszej słabej tożsamości, z jej namiastkowości i szczątkowości. Zna pan jakiegoś amerykańskiego albo brytyjskiego pisarza, który ma polskie korzenie (nie jedno, lecz trzy albo cztery pokolenia wstecz) i chętnie się do tego odwołuje?

    Polubienie

  6. Też mi się wydaje, że w Polsce istnieje spór między Polską A i Polską B i spór ten jest tak wielki, że nawet tradycja nie jest już ogólnonarodowa. Przy okazji, czy wielkie Chiny są pod tym względem homogeniczne? Ale wracając do Polski – moim zdaniem to właśnie element katolicko-nacjonalistyczny będzie dbał o zachowanie tradycji „święta zmarłych”. A element Cosmo niezbyt, nie proponując przy tym nic w zamian. Niech Pan powie, Chińczycy pielęgnują wiedzę o przodkach, ale o wszystkich? Strzelam, że po mieczu. gdyby było inaczej, biedni Kongowie musieliby obciążać pamięć w straszliwy sposób, bo przodków to mają 2 2^2 2^3 … 2^75. Wyróżnianie męskiej linii jest mocno niezgodne z Europejskim duchem, więc czegoś podobnego nad Wisłą nie da się zaadoptować 🙂 Dla narodowych katolików z kolei ród to nawet lepiej niż naród, pamięć o przodkach jest czymś naturalnym.
    Na podział można też spojrzeć ze strony pochodzenia. Syn rolnika, który był synem rolnika, który był synem chłopa pańszczyźnianego przykutego niewolniczo do ziemi nie ma motywacji, by pamiętać. A takich jest nas w Polsce większość. U nas pamięta się o bliskich, którzy odeszli, ewentualnie o bliskich naszych bliskich. Dalej pamięć chłopska nie sięga, a pamięć szlachecka paradoksalnie nie może, bo ogranicza ją nowy europejski duch – bo przecież czy pochodzenie może być powodem do dumy człowieka oświeconego?

    Polubienie

  7. @Iskariota
    Na podział można też spojrzeć ze strony pochodzenia. Syn rolnika, który był synem rolnika, który był synem chłopa pańszczyźnianego przykutego niewolniczo do ziemi nie ma motywacji, by pamiętać.

    Uważam, że to źle. Potomkowie szlachty nie powinni mieć monopolu w kształtowaniu dyskursu o przodkach.

    Polubienie

  8. Nachasz, przede wszystkim potomkowie szlachty nie tylko „nie powinni mieć monopolu w kształtowaniu dyskursu o przodkach”, ale go po prostu w Polsce nie mają. Komunizm tak doszczętnie zohydził i zbrzydził ludziom jakiekolwiek powoływanie się na szlachectwo, że do dziś nawet ci nieliczni, którzy są świadomi swoich korzeni, nie mówią o nich, bo to jest dla wielu po prostu obciach. Wydawałoby się, że dwadzieścia lat po upadku komuny coś się powinno w tej mierze zmienić i że powinniśmy historie rodowe zacząć pielęgnować tak, jak zabytki, którymi w istocie są. Ale herbarz został z polskiej pamięci społecznej wykorzeniony tak skutecznie, że nie widzę na to szans.

    ril, Polacy nie mają wspisanej w dowodzie miejscowości rodzinnej, mają ją za to często wkomponowaną w samo nazwisko. Np. przodkowie gospodarza niniejszego bloga pochodzą zapewne z jakiegoś Godlewa. To, że o tym dziś nie pamiętamy wynika z ponurego dziedzictwa komuny, o czym pisałem akapit wyżej. Niestety, łatwiej o zachwyty nad wietnamskimi dowodami osobistymi, niż uświadomienie sobie w pełni specyfiki naszej rodzimej kultury.

    Polubienie

  9. @Dawid
    Dokładnie: Godlewo! Ale nawet nie wiem dokładnie które, bo jest ich tam kilka (to był cały zaścianek), a moi przodkowie nie byli związani z jedną konkretną wsią. Dziadek mieszkał w Ołtarzach-Gołaczach, które zostały przesiedlone, kiedy w 1939 roku III Rzesza i ZSRS ustanowiły sobie granicę na Bugu. Osiedlił się wtedy w lesie, w domu, który sklecił z gliny i kawałków drewna. Ten dom stoi do dziś!

    Przed wojną w okolicy było mnóstwo Żydów. Bo „Państwo” robili w polu i gnój widłami przerzucali, ale handelek lubo wyszynk, o co to, to nie 🙂 Dziś po Żydach niestety został tylko kirkut w Czyżewie.
    Za to jakaś ciotka była dewotką i podarowała swoją chałupę zakonnicom. Budowlę przeniesiono i dziś dumnie stoi w Zuzeli – obok chałupy, w której zorganizowano muzeum kard. Wyszyńskiego, bo Prymas Tysiąclecia tam się właśnie urodził.

    A teraz wątek orientalistyczny 🙂
    Otóż główną osadą w okolicy przez wieki pozostawał Nur. Niedawno wyczytałem na gminnej stronie, że nazwa wywodzi się od prasłowiańskiego „nero” (slawiści, ratunku!) oznaczającego wodę. Krzyknąłem „Eureka!”, bo Grecy do dziś mówią na wodę nero (νερό). Zresztą nazwa Nuru wywodzi się od rzeki Nurzec, którą kiedyś nazywano Nurem. Z tego wynikałoby, że temat ma indoeuropejski rodowód. I faktycznie: jedno z określeń wody w hindi to „nira”!

    A potem w chińskim słowniku znazałem 淖尔! Ten sam temat pojawia się bowiem w mongolskim, np. Jezioro Qinghai nazywa się alternatywnie 库库淖尔, czyli Kuku Nur. A Buriaci na Bajkał mówią: Байгал нуур. Bo „Нуур” po mongolsku to jezioro.

    To musi być zatem jakiś straszliwie stary temat językowy, skoro występuje w indoeuropejszczyźnie i w mongolskim, który zalicza się wszakoż do języków ałtajskich!

    W Niemczech też wyguglałem jakieś jeziora, które mają Nor (a nie See) w nazwie, ale nie wiem, czy to ta sama bajka.

    http://en.wikipedia.org/wiki/Windebyer_Noor
    http://de.wikipedia.org/wiki/Haddebyer_Noor

    PS Woda po koreańsku też brzmi 물, czyli mul.

    Polubienie

  10. Jeśli chodzi o Godlewo na Podlasiu, to jest alternatywna etymologia – zważywszy na wielosetletnią obecność w tamtym rejonie polskich Tatarów, a przez nich na wpływy mongolskie, być może nazwa Nur wywodzi się właśnie z mongolskiego. Niemniej skoro Pieniny nie mają nic wspólnego z pianą, a wiele z Apeninami (korzenie celtyckie), to i kto wie, jaka jest ostatecznie prawda o Nurze… Może zresztą bardzo prozaiczna – od „zanurzać”. Z kolei zanurzać kto wie, czy nie ma głębokiek przeszłośći indoeuropejskiej… I tak dalej. Rzecz moim zdaniem nie do rozstrzygnięcia.

    A mówiąc szerzej – dużo jest specjalistów od jednego czy owego, a niewiele ludzi łączących różne specjalizacje. Myślę, Konradzie, że wykonujesz kawał dobrej roboty, łącząc wiedzę o Dalekim Wschodzie z wiedzą o naszej własnej, europejskiej i polskiej cywilizacji. To jest problem także dyskusji o Chinach, bo wiele jest opinii jednostronnych, a niewiele komentarzy zdolnych do głębszej syntezy.

    Polubienie

  11. Dzięki, Dawid!
    Jak sam pewnie zauważyłeś, na chińskim bruku człowiek zaczyna dumać o swoich korzeniach. Każdy expat pręczej czy później przeżywa kryzys tożsamości. Stąd moim zdaniem bierze się pisowsko-folkowa ortodoksja amerykańskiej polonii.
    W zderzeniu z przeszło 3 tys. lat chińskiej historii, oberki wyglądają śmiesznie, więc trzeba grzebać znacznie głębiej, aż do samych korzeni.
    No to grzebię, choć z Chin wróciłem już parę lat temu.

    Polubienie

  12. Ja dopiero w Chinach siedem lat temu poczułem, co to znaczy być Europejczykiem… Zacząłem też szerzej patrzeć na zachodnią kulturę. Dziś czytając coś o naszej kulturze czy oglądając film historyczny potrafię otrzeć się o zrozumienie, jak to wygląda w oczach Chińczyków. Bardzo cenne uczucie.

    Ale widzę, że nie powtarzasz chińskiej mantry o 5000 lat historii – powiem szczerze, że to ulga, bo czasem zastanawiam się, czy tylko ja tak łatwo nie łykam tej pięknie wyrównanej liczby.

    Polubienie

  13. @Dawid Juraszek
    Wydawałoby się, że dwadzieścia lat po upadku komuny coś się powinno w tej mierze zmienić i że powinniśmy historie rodowe zacząć pielęgnować tak, jak zabytki, którymi w istocie są. Ale herbarz został z polskiej pamięci społecznej wykorzeniony tak skutecznie, że nie widzę na to szans.

    Rozwalenie I RP jakimś wielkim przyczynkiem do chwały nie jest.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s