Chiński rozbiór Indii

Chiny i Indie niby się przyjaźnią jak nigdy, ale oba kraje pilnują swego

Chiny i Indie niby się przyjaźnią jak nigdy, ale oba kraje pilnują swego

Ten pomysł Polakom musi się kojarzyć jednoznacznie. Jak Chiny mogą zneutralizować indyjskiego rywala? Bardzo prosto. Wystarczy rozbić Republikę Indii na wiele zantagonizowanych państwek. A czemu? „Bo na niebie nie ma dwu słońc„, czyli w Azji może być tylko jedno supermocarstwo. Nie żadna tam Rosja, Japonia albo Indie, tylko Chiny.

Pomysł rozbioru Indii pojawił się w eseju zamieszczonym na chińskim portalu o tematyce strategicznej (www.iiss.cn). Tekst, opublikowany akurat w momencie gdy oba kraje negocjują w sprawie sporu granicznego w Himalajach, rozsierdził Indusów. Piszą o tym m.in. Financial Times, BBC i Times of India. Doszło do tego, że indyjski MSZ wydał uspokajający komunikat twierdząc, że chiński esej jest jedynie wyrazem „indywidualnej opinii”.

Feralny tekst tymczasem krąży w chińskiej sieci od dawna. Jeremy Goldkorn, założyciel wpływowego danwei.org (to już coś znacznie więcej niż blog!), okazał się wart więcej niż tabuny brytyjskich i indyjskich dziennikarzy. Odkrył mianowicie, że kontrowersyjny esej pojawił w chińskiej sieci przynajmniej w 2005 roku. Na iiss.cn jest już niedostępny. Pewnie Pekin też nie chce torpedować negocjacji z Delhi…

Sprawa jest ciekawa, bo – jak pisze na swoim blogu dziennikarz Times of India Kingshuk Nag – autor eseju wprost wykłada coś, czego Indusi obawiają się od dawna: że Chińczycy jedno mówią, a drugie robią. Ostatnio dbają o stosunki z sąsiadem, ale gdy przyjdzie czas, nie zawahają mu się wbić noża w plecy, by potem ronić nad Indiami  krokodyle łzy.

Z tekstu wynika – z czym zgodzi się każdy orientalista – że państwo indyjskie to twór nowy, słaby i zdecentralizowany, a przy tym pełen sprzeczności oraz wewnętrznych napięć. Indiom marzy się rola „centrum” Azji, co nieuchronnie prowadzi je do konfliktu z Chinami, którą mają ten sam cel. A Stare chińskie powiedzenie mówi: „天无二日” – na niebie nie ma dwu słońc*.

Chińczycy mogą w prosty sposób pozbyć się rywala podsycając niezliczone napięcia etniczne  i religijne w największej demokracji świata. Wystarczy u licznych indyjskich ludów rozbudzić świadomość narodową, co może doprowadzić do rozpadu federacji na 20-30 państw. Jak twierdzi autor eseju, można do tego także wykorzystać sąsiadów Indii, jak Pakistan, Nepal, Bhutan oraz Bangladesz. Ich pretensje terytorialne i historyczne można by wykorzystać do swego rodzaju „rozbioru” Indii, które pragną – na przekór Chinom – realizować starą angielską politykę budowy Wielkich Indii w Azji Południowej – od Pakistanu po Birmę.

Z indyjskiej perspektywy taki rozpad to bardzo realny scenariusz. Wpływ Chin w Pakistanie i Nepalu już w tej chwili są znaczne. W Bangladeszu rosną. Indusi uważają, że Chiny próbują ich okrążyć, budując np. sieć portów dostępnych dla swojej marynarki na Oceanie Indyjskim. W Birmie ta chińska ofensywa dyplomatyczno-gospodarcza zmusiła Indie do przeciwdziałania i do współpracy z tamtejszą wojskową juntą, co nie wygląda najlepiej w Curriculum Vitae największej demokracji świata…

Jak pisze Nag, widmo bałkanizacji unosi się nad Gangesem. „Po 62 latach [niepodległości] nie tylko nie wzmocniliśmy naszej indyjskiej tożsamości, ale i cofnęliśmy się [w tym dziele] (…) Jeszcze nie jest za późno. Ale wróg czai się w pobliżu i już nie ukrywa swoich ambicji.” Dziś Indie mają swój Dzień Niepodległości, który na pewno dostarczy im pretekstu do dyskusji.

A w Chinach? Wszyscy się zastanawiają co dalej z chińskim nacjonalizmem. Bo chociaż kontrowersyjny esej wypadł ze strony iiss.cn, to jej autor Kang Lingyi ponoć cieszy się przychylnością władz za wspieranie nacjonalizmu (zdaniem wielu badaczy to właśnie ta ideologia, a nie komunizm, jest obecnie jądrem ideologii KPCh). Kiedy w 1999 r. Amerykanie zbombardowali chińską ambasadę w Belgradzie, Kang włamał się na strony rządowe USA – podaje „Financial Times”.

* Jest to znane chińskie chengyu (czyli stare powiedzenie będące odniesieniem do dłuższego cytatu lub całej historii), pochodzące z konfucjańskiej Księgi obyczajów (礼记). W pełnej formie brzmi tak: „天无二日,土无二王,家无二主,尊无二上。” (Na niebie nie ma dwu słońc, na ziemi dwu królów, w rodzinie dwu ojców, a kielicha do ust nie wznosi się dwa razy). PS Naczynie 尊 (zun) bardziej przypomina wazę, niż europejski kielich. Ale kielich brzmi lepiej.

Reklamy

10 thoughts on “Chiński rozbiór Indii

  1. Jeśli już tak teoretyzujemy, to sądzę, Indie wraz z Europą oraz Ameryką Północną powinny również wzbudzić niepodległościowe nastroje wśród narodów Chin.

    Gdy modne były dyskusje o Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie, wspomniałem gdzieś w sieci, że: po pierwsze, nie należało sprzedawać swojej wolności za tanie, chińskie majtki, a po drugie, trzeba było nie dopuścić do tak wielkiej ekspansji terytorialnej Chin. Wystarczyło nie zaakceptować akcesji Tybetu czy Tajwanu przez komunistów, nałożyć pewne sankcje gospodarcze (za czasu) i patrzeć jak rozpada się to rosnące mocarstwo.

    Oczywiście, następnym logicznym i uczciwym krokiem były rozpad Rosji na Republiki i USA na stany. 😉

    Lubię to

    • W Chinach są inne narody, ale zdecydowaną większość stanowią tam etniczni Chińczycy. Nawet w Tybecie teraz jest ich większość. A Indie to w ogóle zbiór różnych języków i jednak procent muzułmanów jest tam większy.

      Lubię to

  2. „Wystarczyło nie zaakceptować akcesji Tybetu czy Tajwanu przez komunistów”

    To komuniści anektowali Tajwan? Człowiek pośpi trochę dłużej i od razu jest do tyłu z wieściami ze świata 😉

    Lubię to

  3. @MIR67
    Narodów jest dokładnie 56., ale Hanowie mają pozycję dominującą. Państwo chińskie ma dłuższą historię niż indyjskie i znacznie dłuższe tradycje unifikacyjne.
    Chiny próbowały już zresztą rozczłonkować zachodnie mocarstwa razem z Japonią i Rosją w XIX wieku i na początku XX. To wtedy właśnie narodził się nacjonalizm, do którego odwołuje się dziś partia komunistyczna.
    Na gruncie postkolonialnego kompleksu Indii nie udało się stworzyć tak silnej jednoczącej ideologii.

    Lubię to

  4. Kant napisał kiedyś półżartem rozprawkę „Do wiecznego pokoju” (Zum ewigen Frieden) w dodatku pierwszym do traktatu wymienia divide et impera obok fac et exusa i si fecisti, nega, jako te trzy maksymy, których stosowania powinny wyzbyć się na wstępie wszystkie państwa dążące do pokoju. Wydaje mi się, że to dobrze, że Chińczycy nie dali się na brać na żart w postaci imperatywu: „wszystkie państwa świata mają dążyć do pokoju, w związku z tym mają się wyzbyć tego rodzaju działań, zasada ta nie dotyczy jednak USA”. Wydaje mi się również, że współcześnie nie ma ruchów narodowowyzwoleńczych i to co się działo w Tybecie czy w Xinjiangu, to była szopka po części sponsorowana z zewnątrz, czyli zastosowanie divide et impera w stosunku do Chin (mogę się mylić).
    W „The Third Man” bohater grany przez Orsona Wellesa wypowiada w pewnym momencie słynne słowa o tym, że „In Italy, for thirty years under the Borgias, they had warfare, terror, murder and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci and the Renaissance. In Switzerland, they had brotherly love, they had five hundred years of democracy and peace – and what did that produce? The cuckoo clock.” Ja nie jestem nikim innym tylko beneficjentem pokoju, niemniej jednak uważam, że gotowość do walki jest czymś pozytywnym, wyzwala w narodach twórczą energię. Doktryna si vis pacem para bellum, wcale nie straciła na aktualności i te państwa (np. USA, Chiny, Izrael), które ją stosują mają się dobrze, nie tylko pod względem technologicznym.
    Otwarte pozostaje, jednak pytanie czy Chiny przygotowują się do jakiejś szerszej ofensywy, a także w przypadku niektórych chińskich podmiotów gospodarczych (np. Huawei), czy projektów badawczych (program badań kosmicznych), w jakim stopniu są one powiązane z Armią Ludowo-Wyzwoleńczą?

    Lubię to

  5. @Aimier
    Dzięki za link, bardzo fajny tekst. Faktycznie dziwne, że autor nie wspomina nic o Indiach. Widać, że stawia na determinizm geograficzny, a z tego punktu widzenia Indie są naturalnym liderem basenu Oceanu Indyjskiego, a także pomostem między Bliskimi i Dalekim Wschodem.

    Niestety, passe są już także uwagi w sprawie Polski: „In the emerging competition between the US and Russia, Poland represents the geographical frontier between Europe and Russia and the geographical foundation of any attempt to defend the Baltics. Given the US strategic imperative to block Eurasian hegemons and Europe’s unease with the US, the US-Polish relationship becomes critical. In 2008 the US signed a deal with Poland to instal missiles in the Baltic Sea as part of Washington’s European missile defence shield, ostensibly to protect against „rogue states”. The shield is not about Iran, but about Poland as a US ally – from the American and the Russian points of view.”

    Ja obstawiam, że Amerykanie mimo wszystko wolą Rosję mieć po swojej stronie, jako ewentualnego sojusznika przeciw Chinom. Bo to Chiny szybciej mogą zagrozić supermocarstwowej pozycji USA. Obama próbuje je na razie ugłaskać, ale to samo robi z Rosją.

    Pamiętajmy, że Amerykanie nigdy bezpośrednio nie walczyli z Rosjanami. A w II wojnie światowej mieli ich po swojej stronie. Jak to się skończyło dla Polski – musimy dobrze o tym pamiętać.

    Wynikałoby z tego, że powinniśmy grać z Chinami przeciw Rosji. To nasz naturalny partner. Kiedyś była to Japonia (stąd pamiętna podróż Piłsudskiego i Dmowskiego) do Tokio. Dziś trzeba jeździć do Pekinu.

    Chiny walczyły już z Rosjanami. Walczyły też bezpośrednio z Amerykanami – w czasie wojny koreańskiej.

    Oczywiście, naszym głównym oparciem na scenie międzynarodowej powinna być UE.

    Lubię to

  6. Tak, no ja też nie za bardzo rozumiem, co miałoby się przeżyć w strategii szukania sojusznika za następną miedzą (to sformułowanie zdaje się padło w http://wyborcza.pl/1,75248,6978098,Min__Sikorski_dla__Gazety___1_wrzesnia___lekcja_historii.html). Byc może egzotyczny (?) i rodem z kawałów (tych o zamieszkach na granicy) sojusz z Chinami byłby właściwie najlepszym dla Polski w UE rozwiązaniem (modernizację zostawmy Unii o sojusze martwmy się sami). Ha ha nie uważam też, że uwagi odnoszące się do Polski są passe, bo przecież ostatnie z cytowanych zdań stanowi clue – nie idzie o tarczę, tylko o sojusz, którego jak widzimy de facto nie ma.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s