Polak, Chińczyk dwa bratanki

Mówią o nim narwaniec, abnegat. Orliński naśmiewał się kiedyś z jego nieodstępnej brody, a cała branża pamięta proces o plagiat, jaki wytoczył Ziemkiewiczowi. Przypomniałem sobie te pogłoski, kiedy los mnie rzucił w paszczę lwa – do jego mieszkania. Do zagraconego pokoiku, w którym wstukuje do komputera swoje zakręcone powieści.

Kiedy ujrzałem pod ścianą biało-czerwony sztandar na bambusowej tyczce, pomyślałem, że przestał chyba dostrzegać granicę między rzeczywistością a fikcją, którą sam tworzy.

Na materiale chorągwi wyszyte były niezgrabne chińskie znaki – Hupoguo, czyli „Bursztynowe królestwo”.

A on, jakby gdyby nic, rzucił: – Sam wyszywałem.

Bursztynowe KrolestwoKonrad T. Lewandowski (vel Przewodas) to z pewnością jedna z najbardziej niezwykłych postaci polskiej literatury, nie tylko tej fantastycznej. O nim samym można by napisać powieść, dlatego zainteresowanych odsyłam do źródeł (fora internetowe) i z miejsca przechodzę do głównego tematu tej notki, czyli „Bursztynowego Królestwa„.

Jestem pod miłym wrażeniem tej powieści, będącej de facto tzw. historią alternatywną.

Za arcydzieło tego gatunku uważam „Człowieka z wysokiego zamku”, w którym Philip Dick przedstawia USA pod okupacją III Rzeszy i  Cesarstwa Japonii, bawiąc się przy tym samą konwencją i każąc bohaterom oraz czytelnikom dociekać, czym tak naprawdę jest świat, w którym się znaleźli. Kluczem do prawdy jest Yijing – starochińska księga wróżb i traktat filozoficzny w jednym.

Przewodas nie bawi się w metafizkę. Przedstawia jednak opowieść równie prawdopodobną jak u Dicka. Oto w dalekiej Mandżurii powstaje II Rzeczpospolita Obojga Narodów, w której Litwinów zastąpili… Chińczycy. Rola Jagiełły przypada tym razem Władysławowi V, synowi przywódcy powstania tajpingów, ocalonemu z klęski. Poddani nowego władcy mają też całkiem sensowny plan, jak królestwu przwrócić dawną świetność…

Zabawa historią to bodaj największa zaleta „Bursztynowego królestwa”. Mimo swej egzotyki, pomysł Rzeczpospolitej polsko-chińskiej wcale nie jest wzięty z sufitu.

Po pierwsze, uciekinierzy z Syberii faktycznie trafiali do Chin. We wspomnieniach Witolda Urbanowicza, dowódcy dywizjonu 303., który walczył z Japończykami w Chinach, znalazła się wzruszająca, choć tajemnicza historia Białego Li. W Chinach został on ogrodnikiem, bo człowiek, który przyjął go na służbę zachwycił się, że cudzoziemiec ciężko pracuje, zna poezję i życzliwie  interesuje się Chinami – były to w owym czasie cechy rzadkie u bladych twarzy za Wielkim Murem. Biały Li ożenił się z latoroślą Chińczyka i doczekał się z nią córeczki. To ona właśnie – już jako dojrzała kobieta – opowiedziała całą historię polskiemu lotnikowi, kiedy ten leżał ranny w szpitalu.

Po drugie, Polacy na Syberii skutecznie realizowali państwotwórcze plany. Przykładem Nicefor Czernichowski, który w połowie XVII wieku stanął na czele zbuntowanych kozaków i założył nad Amurem niezależne państewko. Polak skutecznie rządził zbiegami i rebeliantami z Rosji, a także miejscowymi ludami – Tunguzami i Daurami. Doszło nawet do tego, że prowadził korespondencję dyplomatyczną z dworem w Pekinie.

Po trzecie, chrześcijaństwo faktycznie zbliżyło Polaków i Chińczyków (przypominam, że tajpingowie uważali się za chrześcijan). Nieco przed awanaturą Czernichowskiego, polski jezuita, Michał Boym, zaczął służbę na dworze tzw. Południowej Dynastii Ming. Były to niedobitki z najazdu Mandżurów, które schroniły się w pobliżu Kantonu. Cały dwór, poza cesarzem, przeszedł na katolicyzm, a Polak ruszył do Europy jako ambasador chińskiego władcy, by prosić papieża i innych katolickich monarchów o pomoc w walce z pogańskim najeźdzcą z Mandżurii. Boym, odziany w szaty mandaryna, stawił się u weneckiego doży, wywołując sensację nawet wśród Wenecjan, przywykłym do rozmaitych dziwactw… Kiedy zapytali go narodowość, odpowiedział, że jest Polakiem.

Po czwarte, w Mandżurii, gdzie rozwija się akcja, osiedliła się na początku XX wieku spora, polska diaspora. Byli to ludzie, którzy próbowali robić karierę na Kolei Wschodniochińskiej budowanej właśnie przez carską Rosję. Największe skupisko Polaków żyło w Harbinie.  To z tej społeczności wywodzą się m.in.: dr Jerzy Sie-Grabowski, jeden z moich pierwszych nauczycieli chińskiego na warszawskiej sinologii; oraz Edward Kajdański, autor licznych, świetnych książek o Polsce i Chinach.

Charbińczycy (przed wojną pisano Harbin przez „Ch”) mieli patriotyczne nastawienie. W czasie II wojny światowej wysłali własny oddział do Europy, by ten bił się za wolną Polskę. Nie ma wątpliwości, że przy sprzyjących okolicznościach mandżurscy Polacy mogliby zacząć konspirować przeciw Rosji, tak jak w powieści.

Konrad Lewandowski z alternatywnym słuchaczem

Konrad Lewandowski z alternatywnym słuchaczem

Drugą rzeczą, prócz historii, którą cenię w powieści Lewandowskiego, jest wątek stosunków międzykulturowych. To taka dziedzina, która w Polsce raczkuje, a która w Rzeczpospolitej Polsko-Chińskiej musiałaby rozwiązywać realne, palące problemy. Autor rzecz opisał wnikliwie i interesująco, porównując psyche obu narodów, a także szczegółowo przedstawiając problem na przykładzie dworu królewskiego, zmuszonego do łączenia obyczajów tak różnych, jak ogień i woda.

Wątek różnic międzykulturowych blado wypada w literaturze polskiego mainstreamu. W fantastyce jest natomiast obecny od dawna, pod postacią zderzenia cywilizacji (ludzie i obcy), czy też ras (ludzie i elfy). To moim zdaniem może tłumaczyć, czemu akurat pisarz wywodzący się z tej szkoły umiał się zmierzyć z wyzwaniem.

Rzecz ostatnia – to „czytliwość”. „Bursztynowe królestwo” to prawdziwa powieść przygodowa, którą można połknąć w jeden wieczór. Jest tu cała galeria wyrazistych postaci, a także odwieczny polski dylemat: żyć i służyć zaborcy, czy też walczyć i paść, ale z honorem.

Mam tylko trochę żal, że w powieści zabrakło przekonywającego, chińskiego bohatera z krwi i kości. Żaden polski pisarz nie byłby jednak w stanie sensownie skonstruować takiej postaci bez  co najmniej półrocznego pobytu za Wielkim Murem. Przewodasa nikt tam nie wysłał, więc tym bardziej chylę czoło przed jego pisarskim kunsztem.

Być może on po prostu musi się głęboko wczuwać w to, co pisze, by osiągać tak znakomite efekty?

Teraz czekam, aż ktoś przetłumaczy „Bursztynowe  królestwo” na chiński.

PS

Lewandowski trafił swoją książką w czas: akurat mamy rozkręcającą się dyskusję o potrzebie przewartościowania stosunków polsko-chińskich. Ciekawym przykładem jest tu np. tekst prof. Dudka: Chińczyków trzymajmy się mocno.

Reklamy

3 thoughts on “Polak, Chińczyk dwa bratanki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s