Demokracja nieliberalna

Okładka książkiCzy demokracja musi się łączyć z liberalizmem? Prof. Adam Jelonek przekonuje, że wcale nie musi. Zachodnia idea polityczna rzucona na egzotyczną glebę może bowiem wydać przedziwne owoce.

20 lat temu, gdy w Polsce odbyły się pierwsze półdemokratyczne wybory, a w Niemczech runął berliński mur, wydawało się, że demokracja liberalna zawojuje cały świat. Zjawisko, nazywane trzecią falą demokratyzacji, objęło także inne zakątki świata, choćby Tajwan czy Koreę Płd. Dwa lata później upadło sowieckie Imperium Zła, a w 1992 roku Francis Fukuyama obwieścił Koniec Historii. Wydawało się, że nowe milenium zacznie się pod znakiem praw człowieka i niczym nieskrępowanej wolności.

Historia zadrwiła z tych oczekiwań. Fala demokratyzacji się zatrzymała, a niektórzy mówią o renesansie autorytaryzmu. To za przyczyną putinowskiej Rosji i poolimpijskich Chin. Oba te kraje – w przeciwieństwie do swych wcześniejszych, stricte komunistycznych inkarnacji – gotowe są dziś do dialogu z Zachodem, lecz jednocześnie nadal kontestują zachodnią ideę demokracji liberalnej.

A to przecież tylko wierzchołek góry lodowej. Każdy zakątek świata ma bowiem swoje czarne owce (w Europie to np. Białoruś, a w Ameryce Łacińskiej – Kuba czy Wenezuela). Są regiony, które całe są czarne, czy też szare. Do takich miejsc zalicza się Azja Płd.-Wschodnia, jeden z najludniejszych i najbardziej zróżnicowanych zakątków globu.

Prof. Jelonek, ekspert od tego regionu, opisuje kręte ścieżki azjatyckich narodów ku demokracji. W Azji Płd.-Wsch. nie ma bowiem kraju, który kultywowałby ten ustrój w stanie czystym. Wszędzie tam demokracja doznaje aberracji wynikających ze skomplikowanych kulturowo-politycznych uwarunkowań, a w niektórych przypadkach z tych właśnie przyczyn pozostaje niespełnioną obietnicą.

Najlepiej jest chyba na Filipinach, gdzie demokracja cierpi na typowe przypadłości trzeciego świata – korpucję i nepotyzm. Nad Indonezją unosi się cień autorytarnej przeszłości i islamskiego fundamentalizmu. Malezję dręczy etniczne napięcie między Malajami a Chińczykami. W zamożnym Singapurze dominują ci drudzy, którzy stworzyli coś na kształt demokracji konfucjańskiej – z klasą biurokratów, którzy wiedzą lepiej, co jest dobre dla obywatela, niż on sam.

Drastyczniejsze przypadki, to Birma – opanowana od lat przez wojskową juntę; Wietnam i Laos, którę reformują się na wzór chiński, liberalizując gospodarkę przy zachowaniu twardej władzy monopartii; Kambodżę – kraj zrujnowany wojnami i brutalną autarkiczną dyktaturą – cięgle dręczą demony przeszłości z czasów Pol Pota, jednego z najgorszych tyranów w historii ludzkości.

Jest jeszcze Tajlandia, gdzie gra o władzę toczy się między armią a partiami politycznymi. A gdy rezultat jest niezadawalający, rozstrzyga sam król. Tajski monarcha Rama IX przetrwał już kilkanaście zamachów stanu i ciągle ma widoki na kolejne…

Od kilku lat nad całym regionem unosi się coraz większy cień Wielkiego Brata – Chińskiej Republiki Ludowej. O tym już profesor nie pisze (bo to nie temat książki), ale Pekin pragnie odbudować swe tradycyjne wpływy w regionie. Wielu tutejszych monarchów od wieków uznawało bowiem zwierzchność dworu chińskiego, a niektóre narody – jak np. Tajowie – przywędrowały na swoje miejsce wprost z Chin.

Inne – jak Wietnamczycy – pozostwały pod przemożnym wpływem chińskiej kultury, a niemal w każdym z krajów regionu żyje pokaźna i zasobna chińska diaspora.

Wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach Chiny umocnią się w Azji Południowo-Wschodniej w roli podobnej do tej, jaką USA pełnią wobec Zachodniej Europy. Nie ma jeszcze wprawdzie mowy o sojuszu militarnym a la NATO, ale już mówi się liberalizacji handlu czy budowie połączeń komunikacyjnych. Chiński juan mógłby się stać środkiem rozliczeniowym.

Rosnąca chińska obecność nie sprzyja tymczasem demokracji i rodzi nowe problemy. Uważa się, że birmańską juntę podtrzymuje przy życiu handel z Chinami, który z kolei zmusza Indie do współzawodnictwa o wpływy. W ten sposób największa demokracja świata autoryzuje autorytaryzm.

Kambodża z kolei boryka się z niskim poziomem wody na Mekongu. Jezioro Tonle Sap, rolnicze i gospodarcze serce kraju, zaczęło się ostatnio kurczyć. Wszystko za sprawą zapór, które budują Chiny na swoim odcinku Mekongu. Kambodżańscy politycy – co opisuje Joshua Kurlantzick w książce „Charm Offensive” – głośno przeciw temu jednak nie protestują. Bo albo są przekupieni chińskimi inwestycjami, albo po prostu się boją.

A Chiny właśnie ogłosiły, że przeznaczą na inwestycje infrastrukturalne w Azji Południowo-Wschodniej kolejne 10 mld dolarów.

Adam Jelonek, W stronę nieliberalnej demokracji: Szkice z antropologii politycznej Azji Południowo-Wschodniej, Scholar, Warszawa, 2002

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s